środa, 31 grudnia 2014

Letni Kurs Farerski czyli Alicja w krainie czarów


Ma na imię Alicja, prowadzi fanpejdż zespołu Týr i jak kilkoro z nas przejawia zdrowe objawy farerofilstwa. W wakacje 2014 została drugą polską absolwentką Letniego Instytutu Wysp Owczych. Zapytaliśmy Alicję o wrażenia z kursu.



– Eg eiti Alicja. Eg eri úr Póllandi – pierwsze słowa, które wypowiadam, siedząc w małej sali pełnej obcych ludzi. Jestem na nogach od 7 rano, na zewnątrz raptem kilkanaście stopni i deszczowo. Jest środek wakacji, a ja tkwię na zajęciach. Mimo to nie mogłabym być bardziej szczęśliwa. Fróðskaparsetur Føroya czyli Uniwersytet Wysp Owczych z siedzibą w Tórshavn organizuje wakacyjny kurs językowy dla obcokrajowców – trzy tygodnie gramatyki, słówek i wymowy, przeplatane zajęciami z muzyki, historii, literatury i polityki - wszystko co farerskie w pigułce.
Etap aplikacji był prosty – należało wypełnić raptem jeden formularz dostępny na stronie uniwersytetu. Wymogiem była też znajomość języka angielskiego, w którym prowadzone są wszystkie zajęcia.
Papiery złożyłam już w grudniu 2013 roku, gdy tylko ruszyły zapisy. Z niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Mail zwrotny przyszedł 31 marca 2014: „Dear Alicja, I am pleased to inform you that you are accepted to Faroese Summer Institute”. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Kurs wiąże się niestety z niemałymi kosztami – 6500 koron duńskich za całość (około 3700 zł). Do tego doliczyć trzeba wyżywienie i noclegi. Możliwe jest wynajęcie pokoju w prywatnym domu – uniwersytet pomaga wyszukać kwaterę zainteresowanym. Trzytygodniowy pobyt kosztuje 3500 DKK (2000 zł). Można ubiegać o dofinansowanie, tzw. „travel scholarship”, które warte jest 5000 DKK. Na nasze szczęście w budżecie uczelni znalazły się dodatkowe pieniądze, więc refundowano nam zakup podręcznika „Język farerski dla początkujących”. Uzyskaliśmy również dostęp do internetowego słownika wydawnictwa Sprotin.
Pięciotygodniowy pobyt na Wyspach Owczych wart jest jednak każdych pieniędzy. Nie mogąc oprzeć się pokusie – w końcu Ólavsøka jest tylko raz do roku – przyjechałam na Wyspy ponad tydzień przed rozpoczęciem kursu i zostałam przez kilka dni po jego zakończeniu. Siedząc w tamten deszczowy poranek i słuchając jak ludzie się przedstawiają, wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu. Byliśmy niewielką grupą – raptem 28 osób z piętnastu krajów. Przekrój był ciekawy – większość stanowili Niemcy, było kilka osób z USA, dwójka znajomych z Austrii oraz pojedynczy przedstawiciele innych narodowości: Szwed, Brytyjczyk, Brazylijczyk mieszkający na Islandii, Rosjanka, jedna dziewczyna z Panamy (mająca męża Farerczyka), jedna z Grenlandii. Była też Dunka, córka pewnego byłego premiera, która mając farerską matkę, i tym samym znając płynnie język, zapisała się na kurs by, jak sama stwierdziła, „poćwiczyć pisanie i podszkolić gramatykę”.
Na potrzeby zajęć językowych podzielono nas na dwie grupy. Osoby studiujące kierunki lingwistyczne oraz mające doświadczenie z językiem islandzkim lub staronordyckim trafiały do grupy zaawansowanej, pozostali do początkującej. Gdy my uczyliśmy się witać, liczyć i przedstawiać, druga grupa siedziała z nosami w książkach, omawiając skomplikowane zagadnienia gramatyczne. Program każdego dnia wyglądał podobnie: przed lunchem mieliśmy trzy godziny języka, następnie godzina lub dwie zajęć tematycznych. Uniwersytet zorganizował nam też kilka wypraw do muzeów, w tym do Galerii Sztuki Współczesnej (Listasavn) i oczywiście do Muzeum Narodowego. Jednak będąc w tak pięknym miejscu jak Wyspy Owcze, szkoda czasu na siedzenie w muzeach, więc największą radość przynosiły mi momenty, które mogłam spędzić na zewnątrz.



Jednym z największych plusów kursu była całodniowa wycieczka na Vágar – wyspę, na którą każdy zawitał ze względu na znajdujące się na niej lotnisko, ale mało kto miał okazję porządnie zwiedzić. Przywitani zostaliśmy przez przewodnika ubranego w dres i gumiaki, który dopiero co zszedł z naprawianego przez siebie dachu. Po zwiedzeniu kościoła w Sandavágur, ruszyliśmy do Muzeum II Wojny Światowej. Najlepsze było jednak dopiero przed nami. Od rana z niecierpliwością czekałam, aż dojedziemy do osady Gásadalur, uznawanej za jedną z najładniejszych na Wyspach. Trudno się z tym nie zgodzić – leżąca nad wodospadem malutka wioska rzeczywiście robi wrażenie.



W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Bøur, gdzie chętni mieli okazję skosztować zupę rybną. Ja w tym czasie udałam się na spacer wzdłuż plaży, obserwując niedaleką wysepkę Tindhólmur i zaprzyjaźniając się po drodze z lokalnym psem, który z powodu braku patyków aportował kamień. Muszę przyznać, że trochę martwi mnie stan uzębienia farerskich psów. 
Same zajęcia też wywarły na mnie duże wrażenie. Farerski jest bez wątpienia trudnym językiem, a trzy tygodnie to niewiele na naukę, ale nasza nauczycielka, Marjun Arge Simonsen, robiła wszystko, byśmy wynieśli z zajęć jak najwięcej. Poza przynoszeniem niezliczonych ilości materiałów, urozmaicała nam lekcje tańcem i muzyką. Nieraz łapaliśmy się za ręce i tańczyliśmy „sláið ring” – tradycyjny farerski taniec korowodowy, śpiewając „kvæði” (ballady). Wszystkim spodobały się też utwory Hanusa G. Johansena, lokalnego muzyka, które również mieliśmy okazję śpiewać. Na zajęciach nie zabrakło również farerskich reklam – choćby tej o profesjonalnej biedronce. Zajęcia tematyczne stanowiły dobrą okazją do poznania historii Wysp, ich polityki i kultury. Optymizmem napawało słuchanie o coraz lepiej rozwijającej się literaturze farerskiej, szczególnie o tytułach dla dzieci, których w ostatnich latach pojawia się na rynku coraz więcej. Warto dodać, że literatura farerska ma dość krótką historię – zasady współczesnej pisowni stworzył Venceslaus Ulricus Hammershaimb w 1846 roku.



Najbardziej jednak czekałam na zajęcia z wokalistą metalowego zespołu Týr, które dla takiego fana zespołu jak ja, były nie lada gratką. Heri Joensen przyjechał na zaproszenie uniwersytetu, na którym sam jest obecnie studentem, na kierunku język farerski i literatura. Opowiadał o zespole i procesie tworzenia utworów, których spora część inspirowana jest tradycyjnymi skandynawskimi balladami. Mogliśmy również dowiedzieć się co nieco o mitycznych farerskich postaciach takich jak Tróndur
í Gøtu czy Sigmundur Brestisson – bohaterach sagi o Farerczykach (Færeyinga Saga), którzy pojawiają się w utworach Týra.


Program kursu oceniam bardzo pozytywnie, choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o Wyspy Owcze i wszystko, co z nimi związane, nie posiadam za grosz obiektywizmu. Tam nawet droga na uniwersytet nie była monotonna. Jadąc codziennie czerwonym autobusem linii 3 z Hoyvík, mogłam obserwować z okien ocean i niedaleką wyspę Nólsoy – poza dniami kiedy mgła była tak gęsta, że ledwo widziałam na metr przed sobą. Czasami aż trudno było mi uwierzyć, że naprawdę tam jestem.
Weekendy wolne od zajęć spędzaliśmy na podróżowaniu. Zdążyliśmy wylądować na Sandoy, Skúvoy, Hestur i w kilku innych miejscach. Pewnego dnia, zamiast iść z grupą do akwarium, wskoczyłam z dwoma kolegami do helikoptera i polecieliśmy na Svínoy . Dzień ten stał się później znany jako ten, w którym zostawiliśmy Amerykanina na wyspie. Ale to już zupełnie inna historia...


[fotografie © Alicja Wiśniewska, Daniel Ross, Felix Tulač]  

1 komentarz:

Adrian Moczyński pisze...

Bardzo fajny wpis. Pozdrawiam