wtorek, 20 czerwca 2017

Heiðrik: o obliczach ratowania pamięci

W połowie czerwca w warszawskim klubie Hocki Klocki nad Wisłą zagrał Heiðrik. Farerski multiartysta promował u nas swój album „Funeral”, który ukaże się w Polsce jesienią nakładem Fonobo Label.
Przed każdą z piosenek Heiðrik opowiadał o ich osobistym kontekście oraz zdarzeniach i emocjach, które towarzyszyły powstawaniu tekstów. Historię utworu „Boy” przedstawił wcześniej także w wywiadzie dla So!Music:
Boy jest utworem opisującym historię 17-letniego chłopca z mojego miasta. Wciąż się nad nim znęcano, na podłożu homofobicznym. Pewnego dnia nagle zmarł, a całe miasto pogrążyło się w ciszy z poczucia winy. Nigdy nie zapomnę tego poranka. Byliśmy rówieśnikami, to było takie dziwne. Ta historia utkwiła mi w pamięci i czułem, że muszę ją opowiedzieć. Myślę, że mówi wiele o ludziach i tym, jak reagujemy na nieznane czy nam niezrozumiałe. (…) Wyspy Owcze zmieniły się diametralnie przez ostatnie dziesięć lat. Kiedy byłem dzieckiem, homofobia była na porządku dziennym. Strach i nienawiść kamuflowano i tłumaczono religią. Bardzo cieszy mnie fakt, że młodzi ludzie z Wysp Owczych nie będą musieli tej nienawiści doświadczać”.
Rozmawialiśmy chwilę po koncercie. O tym zmarłym siedemnastolatku i o tym jak ocalić pamięć.
- Nigdy nie wypowiedziałeś jego imienia, ono nigdzie się nie pojawiało. Czy nie uważasz, że warto, by ludzie je poznali?
Heiðrik nie miał wątpliwości.
- Myślę, że nie życzyłaby sobie tego rodzina.


[zdjęcia są kadrami z teledysków zrealizowanych przez Heiðrika: "Boy" i ORKA "Aldan reyð]

środa, 26 kwietnia 2017

Lapidarium farerskich reklam sprzed lat

Reklamy pochodzą z periodyków "Faroe Isles Review" (ukazywały się w drugiej połowie lat 70. XX wieku) oraz "Føroyskur fótbóltur í orðum og myndum" (lata 90.).

piątek, 31 marca 2017

Zanim powstanie farerska mapa aromatów


Jeżeli spróbują kiedyś promować na Wyspach turystykę zapachową - przez to miejsce powinien wieść każdy szlak.
I choć upoją nas tajemnicze nuty kreozotu w zakamarkach Tinganes, świeży ptasi nawóz zmieszany z wilgotną trawą na Mykineshólmur czy słodki aromat wnętrza fabryki opakowań Vestpack w Vestmannie - najtęskniej będzie nam do woni wnętrza Biblioteki Narodowej w Tórshavn.
Jak znaleźć kogoś, kto nazwie ten zapach? Czy występuje on jeszcze gdzieś indziej na świecie? Jak zachować go w sobie choćby na kilka chwil po tym, gdy zatrzasną się drzwi?

sobota, 25 lutego 2017

Steffan Danielsen - melancholijny realista

Morgun á trappuni í Nólsoy, obraz Steffana Danielsena w galerii w Tórshavn

Steffan Danielsen. Malarz-samouk. Debiutował w 1952 roku na wystawie Farerskiej Akademii Sztuki z okazji święta Ólavsøka. Jak czytamy w książce Bárðura Jákupssona „Visual Arts in the Faroes”: „William Heinesen aż gwizdnął z uznania, gdy Steffan zgłosił swoje prace na wystawę, a Kampmann stwierdził, że przydałoby się zorganizować więcej przestrzeni, żeby pomieścić te oryginalne i interesujące prace”. Słowa te wypowiedzieli ówcześni czołowi aktywiści farerskich sztuk pięknych: Heinesen – wybitny pisarz, ale też muzyk, grafik, człowiek wielu talentów oraz Jack Kampmann – organizator życia artystycznego na archipelagu, malarz, inicjator wielu wystaw i warsztatów.


W chwili debiutu Steffan Danielsen miał 30 lat. W latach 1951-56 pomieszkiwał w Danii. Resztę życia, w tym 24 lata aktywnej działalności twórczej spędził na rodzinnej wyspie Nólsoy, odnajdując tam swój intymny świat i wypracowując indywidualny styl artystyczny. „Potrafił nawiązać czułą i szczerą relację z naturą, dzięki czemu zajmuje wyjątkowe miejsce wśród farerskich malarzy” – pisał Bárður Jákupsson.

Steffan Danielsen zmarł w 1976 roku w wieku 54 lat.
W 2009 roku ukazał się obszerny album poświęcony twórczości artysty, autorstwa Kinny Poulsen, opublikowany nakładem wydawnictwa Bókagarður.

[Źródła: Birkblog.blogspot.com, Listaportal.com, album „Visual Arts in the Faroes” red. Bárður Jákupsson, Sprotin 2007]

wtorek, 31 stycznia 2017

Jedno skromne pytanie rzucone na wiatr

Gdzie byli dzisiaj
jak się czuli
i co ucieszyło
ludzi
ze starych, robionych ukradkiem zdjęć?

sobota, 31 grudnia 2016

Powidoki z bezludnej wyspy Lítla Dímun



Przez długi czas karkołomne zbocza wyspy Lítla Dímun zamieszkiwały dzikie owce. Miały krótką czarną sierść, drobną budowę ciała i z łatwością uciekały farmerom. Późniejsze badania wykazały, że rasa pochodziła jeszcze z okresu neolitu i była pokrewna zdziczałym Soay, żyjącym do dziś na szkockim archipelagu St Kilda. Ostatnią Dímunarseyðurin zastrzelono na Małej Dímun w roku 1866. Wypchane eksponaty tych owiec stoją w Muzeum Historycznym Wysp Owczych w Hoyvík. 

 

Dla botaników i zoologów Lítla Dímun nigdy nie będzie badawczym eldorado. Spotkamy tu jedynie maskonury, nurzyki, fulmary, foki i około dwieście pięćdziesiąt owiec. Te ostatnie należą do gospodarzy wyspy, mieszkających na co dzień na sąsiedniej Suðuroy. 

W cienkiej warstwie gleby na Lítli przyjęło się dziewięć rodzajów traw i pochodnych, m.in. warzucha lekarska z rodziny kapustowatych, dawniej używana przez marynarzy jako lekarstwo na szkorbut.

sobota, 19 listopada 2016

Przestrzeń jako forma absolutu



Andrzej Stasiuk w rozmowie z Piotrem Brysaczem w książce "Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm":

"Bo na Wschodzie umysł lepiej działa. Ma więcej miejsca. Tak mi się wydaje. Jednych przeraża ta otchłań, a mnie nastraja medytacyjnie. Step [...] to jest coś w rodzaju zmaterializowanej religii. W ogóle przestrzeń to jest przecież jakaś forma absolutu. [...] Tam rzeczywiście jest większa zgoda, by się rozpuścić w tej przestrzeni - nawet jak ona skrywa jedynie pustkę. A może właśnie dlatego".



"Bo człek ma metafizyczną potrzebę uczestnictwa w czymś, co go przerasta, w czymś większym. Nie każdy oczywiście. Ale ta potrzeba jest i przestrzeń ją zaspokaja. Jak się ją raz zobaczyło, to nie można już oderwać myśli".



niedziela, 9 października 2016

Tajemna historia świata między Sumbą i Gjógv


„Po drodze zatrzymywałem się co kilka kroków, by zrobić zdjęcie jakiejś kupy śmieci, rozpadającego się budynku, liszajów złuszczonej farby na elewacji czy graffiti.
– Po co to fotografujesz? – spytał Mike, gdy skierowałem obiektyw na drabinę opartą o żółtą ścianę.
– To do mojego projektu.
– A cóż to za projekt? – zapytał. W kącikach ust pojawiła się zapowiedź uśmiechu.
– Tajemna historia świata – odparłem.
– To znaczy?
– Robię zdjęcia wszystkiego, co inni też widzą, ale uważają za nieistotne.
– Na przykład drabiny opartej o ścianę?
– Albo graffiti… albo łuszczącej się farby na elewacji… albo zdechłego psa. Jeśli zatrzymasz się na moment i spojrzysz na to wszystko, dostrzeżesz piękno. Jeśli nauczysz się patrzeć. Tworzę przepastne archiwum utraconych chwil, niedostrzeżonych objawień.
– I komu pokazujesz te zdjęcia?
– Nikomu. Dlatego to jest tajemna historia świata”.

Zagubiony kosmonauta”, Daniel Kalder, Czarne 2008
przekład Maciej Ignaczak i Piotr Siemion

środa, 28 września 2016

Co najbardziej lubisz w swojej osadzie?

Pojechać do każdej miejscowości i pytać ludzi co wydaje im się tam najfajniejsze. Z czego są dumni, co najbardziej lubią, a co chcieliby zmienić.
"To był dzień święta wyspy. Przypłynęło do nas do osady ze trzydzieści osób. Były rozmowy i zabawa. Odkąd pamiętam, nie widziałem tu tylu ludzi. Czułem się wtedy naprawdę szczęśliwy" - mówił Kindze Leivur z Fugloy.

(inspirowane "Miastem Archipelag" Filipa Springera) 

środa, 17 sierpnia 2016

Klasyczny kassabilakappkoyring w Skopun



Pojazdów było trzynaście, zrobionych z czego popadnie - z drewna, plastiku, blachy. Na kółkach od wózków i rowerów.
Punkt startu wyznaczono w górnej części osady, skąd zjeżdżało się do mety położonej przy porcie.
"Wyścigi zorganizowała już drugi raz pewna pani, która mieszka tu, w Skopun" - napisała S. "Pojazdy budowały dzieci razem z rodzicami". Tak minęło leniwe popołudnie.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Michał Przybylski: nauka i małe satysfakcje

Oto Michał Przybylski. Od tego sezonu – pełnoprawny ligowy piłkarz ekstraklasy Wysp Owczych. W grudniu zeszłego roku skończył dopiero 18 lat, ale jego przygoda z poważną piłką nabiera niezłego rozpędu. Zawsze chętny do wymiany opinii na temat farerskiego futbolu (i nie tylko), co zaowocowało wcześniejszymi rozmowami w styczniu 2016 roku i maju 2015 roku.
Liga piłkarska osiągnęła półmetek, lato za pasem, rozmawiamy znowu. Miłej lektury!



Michał, za nami 16 kolejek bieżącego sezonu. Zagrałeś w 13 meczach ekstraklasy, 9 z nich w pełnym wymiarze. Spędziłeś na boisku 1033 minuty. Strzeliłeś 3 bramki. Co Cię zaskoczyło po tak dynamicznym przeskoku na najwyższy szczebel?
Najtrudniejsze było dla mnie chyba zdobycie zaufania trenera. Do 6. kolejki zagrałem tylko w trzech meczach, z czego tylko w jednym od początku. Szczerze mówiąc, kiedy przyszedłem zimą do B68 nie spodziewałem się, że będzie aż tak trudno zdobyć sobie miejsce w pierwszej jedenastce.
Trudno było mi też przestawić się na inny styl gry. W NSÍ, moim poprzednim klubie, to zwykle my byliśmy częściej przy piłce i kreowaliśmy atak. W B68 przez większość meczu czekamy na rywali na naszej połowie i szukamy okazji do kontr. Kiedy przypadła nam rola prowadzenia gry w spotkaniach z TB i AB, a więc z drużynami z którymi walczymy o utrzymanie w lidze, okazało się, że nie za bardzo nam to wychodzi. Mieliśmy spore trudności, by dochodzić do sytuacji strzeleckich. To dla mnie spore zaskoczenie. Grają u nas solidni zawodnicy ofensywni, a często mamy problem, by w ogóle oddać strzał na bramkę...

Którzy rywale dali Ci się najmocniej we znaki?
Najtrudniejsze były chyba dwa mecze z Víkingurem. Moim zdaniem to najlepszy zespół na Wyspach motorycznie i fizycznie – jeśli odpuścisz z nimi choćby fragment gry, to nie ma szans na zdobycie punktów. U nich przegraliśmy 0:4, a u nas zremisowaliśmy po brzydkim meczu 2:2. Można powiedzieć, że na ten rewanż wyszliśmy jak na wojnę, bo wiedzieliśmy, że tylko tak możemy im dorównać.



Wasza sytuacja w tabeli jest nie za wesoła: ostatnie miejsce, 7 remisów, 9 porażek. Jak to wygląda od strony atmosfery? Widzisz się z drużyną tylko na treningach, czy miewacie też jakieś narady, spotkania integracyjne itp.?
Za dużo takich spotkań nie było. Po meczu z HB, kończącym pierwszą fazę rozgrywek, pojawiły się głosy, żeby spędzać ze sobą więcej czasu poza treningami. Chyba właśnie brakuje u nas takiej integracji i kumpelskich spotkań, jakie są normą choćby w KÍ, czy B36. Drużyna nam się lekko rozsypuje, więc takie inicjatywy mogą wyjść tylko na dobre. My, młodsi zawodnicy B68, widzimy się poza treningami trochę częściej – oglądamy mecze, gramy w Fifę 16, czasem robimy jakieś żarty albo zabawy.

Zabawy?
Konkursy strzeleckie na bramkę albo do wymyślonego celu. O butelkę oranżady. Albo „headis” czyli ping pong głową zamiast rakietki. Mamy też przy boisku plastikowy kontener pożyczony z portu. Taki, do którego ładuje się ryby z kutra. Wlewamy do niego zimną wodę i siadamy sobie w nim we trzech lub czterech, gadamy.
Jest też kilku starszych, którzy starają się dbać o atmosferę. Na przykład Kristian Anton Andreassen. Gość po trzydziestce, żona, dzieci, a jak wchodzi do szatni, to zamienia się w 18-latka. Największy żartowniś w drużynie. Albo Jóhan Dávur Højgaard. Kibice podśmiewają się z jego postawy, ale to facet, który ma pojęcie o piłce, dobrze czyta grę i jest liderem w szatni – umie zmotywować i, kiedy trzeba, użyć mocniejszych słów. Ma 34 lata i ponad 190 cm wzrostu. Jego ruchy wydają się nieco spowolnione, co wzbudza wesołość fanów, ale to nietuzinkowy piłkarz, potrafi zaskoczyć naprawdę bajecznym dryblingiem. Poza tym jest ikoną B68 – poza epizodem w GÍ Gøta, gra w Toftir już dziewiętnasty sezon. Na co dzień pracuje jako stolarz.

W drugiej części sezonu nie będzie was już prowadził trener Páll Guðlaugsson, któremu zarząd podziękował za współpracę. Pod wodzą Pálla reprezentacja Wysp Owczych 26 lat temu ograła w pamiętnym meczu Austrię 1:0. Czego się od niego nauczyłeś?
Prostej rzeczy, na którą wcześniej nie zwracałem zbytnio uwagi: rozglądania się. Wpajał mi, bym próbował tego przed otrzymaniem podania, ale też jak byłem przy piłce i po jej oddaniu. Często robiliśmy różne ćwiczenia, w trakcie których kontakt wzrokowy z futbolówką miał być ograniczony do minimum. Trener nauczył mnie też rozmaitych ćwiczeń siłowych i wzmacniających – jest po wielu kursach, a teraz pracuje na siłowni jako instruktor i rehabilitant.

O co masz do siebie największe pretensje po półmetku sezonu, a z czego jesteś najbardziej zadowolony?
W NSÍ przez dwa lata grałem na pozycji defensywnego pomocnika, więc czasami brakuje mi pazerności w ofensywie. Szukam łatwiejszych rozwiązań, zamiast zaryzykować i spróbować indywidualnej akcji. W tym roku trener znalazł dla mnie miejsce na skrzydle i od razu mam okazję grać więcej do przodu, czego w NSÍ mi zabraniano.

Których piłkarzy z innych drużyn byś wyróżnił?
Jest ich co najmniej kilku. Po pierwsze Sølvi Vatnhamar, lider Víkingura. Grał przeciwko nam tylko w pierwszym meczu. Jest to zawodnik, który może biegać bez przerwy, niezwykle silny fizycznie. Na pewno ważny filar Wikingów. Po drugie Árni Frederiksberg z NSÍ. Ma chyba najwięcej asyst w lidze i 6 strzelonych bramek. Zdecydowanie najlepsza lewa noga na Wyspach. Na boisku robi co chce i z kim chce. Dalej Albert Adu z TB. Niski i bardzo szybki. Świetny w obu grach przeciwko nam. Potrafi wygrywać zawody praktycznie w pojedynkę. Sporo punktów na koncie TB to głównie jego zasługa. Wyróżniłbym też obu bocznych obrońców HB. Mają dużo asyst, są dobrze przygotowani motorycznie. Grałem przeciwko nim na skrzydle dwa razy i w tych meczach miałem zdecydowanie najtrudniej.

Czy lokalne gazety jakoś Cię zauważały? Pojawiałeś się w relacjach prasowych?
Nic szczególnego nie było. Przed rozpoczęciem sezonu ukazywały się dodatki do gazet z zapowiedziami, reportażami i opiniami „ekspertów” i gdzieś tam wymieniano mnie w typowaniach do „odkrycia B68”. Nie brałem tego zbyt serio, ale fajnie, że ktoś tam miał jakieś oczekiwania.

Pod koniec czerwca zaliczyłeś jeszcze 45 minut w rezerwach B68. Zagraliście na najbardziej egzotycznym placu na Wyspach Owczych, czyli w peryferyjnej Hvalbie, gdzie jest jedyna na archipelagu płyta z naturalną trawą. Jak wrażenia?
Szkoda gadać. Praktycznie nie da się tam grać dołem. Trzeba próbować akcji niczym z beach soccera, bo nigdy nie wiadomo gdzie i jak podskoczy piłka. Graliśmy więc jak najwięcej górą, czasem do przesady. Boisko Roynu jest ciekawostką, ale nie spełnia warunków nawet drugiego szczebla rozgrywkowego. Rozmawiałem z chłopakami z Hvalby – oni bardzo by chcieli awansować, ale z takim boiskiem oznaczałoby to domowe mecze w gościnie u TB. Na małej i odległej wyspie Suðuroy są trzy kluby – najbardziej utalentowani zawodnicy trafiają w końcu do TB, które gra w ekstraklasie. Część idzie do FC Suðuroy, które krąży między Effodeildin i I ligą. Royn pozostawał zawsze w cieniu, więc i sportowo i organizacyjnie trudno tam o jakiś większy sukces. 

Piłka nożna cieszy się na Wyspach Owczych bardzo dużą popularnością. W tym sezonie znowu wydano karty kolekcjonerskie z wizerunkami piłkarzy wszystkich drużyn. Podpisywałeś już jakiemuś nastolatkowi kartę z Twoją podobizną?
Rzeczywiście, te karty są bardzo popularne. Nie ma chyba dziecka, które by ich nie zbierało. I co mecz podchodzi do mnie ktoś do podpisu, czasami też po treningach. To naprawdę fajna sprawa – przecież jeszcze niedawno sam kolekcjonowałem te karty i zaczepiałem piłkarzy o autografy ;)


czwartek, 30 czerwca 2016

Kobieta i ocean: 54 lata intymnej przyjaźni

Opowieść o 85-letniej Marii á Heygum z Vestmanny, która od 48 lat codziennie kąpie się w oceanie, nakręcił jej wnuk, Heiðrik á Heygum. Mini dokument „Aldur” („Fale”) miał premierę w 2010 roku. – To film o głębokiej i intymnej relacji między człowiekiem i naturą. O wierności i trwałości. Nigdy nie spotkałem osoby, która potrafiła zawiązać tak silną więź z czymkolwiek – opowiadał młody reżyser w wywiadzie dla farerskiej telewizji.


Kilka dni temu napisałem do Heiðrika po długiej przerwie. W sobotę 25 czerwca miało odbyć się spotkanie na temat Wysp Owczych przy okazji Halfway Festival w Białymstoku. Pomyślałem, że znów warto byłoby pokazać ludziom „Aldur” i przedstawić Marię. Heiðrik był jak zawsze na tak. Zapytałem go o bohaterkę filmu.
– Dawno nie rozmawialiśmy. Jak się czuje Twoja babcia?
Faktycznie minęło sporo czasu. Heiðrik odpisał po chwili.
– U babci wszystko dobrze. Skończyła 92 lata i nadal pływa!

[Wykorzystano ujęcia z filmu "Waves – A Portrait of Maria á Heygum" oraz z wywiadu z reżyserem]