czwartek, 31 sierpnia 2017

Wolność jest zawsze gdzie indziej


"Przekonałam się, że ludzie na ogół bardzo lubią podróżować. Podróż budzi w nich nadzieję na to, że w innym kraju, w innym klimacie, w innym języku znajdą to, czego brakuje im tam, gdzie żyją na co dzień. Wyjeżdżających przyjaciół często postrzegam jako osoby, które opuszczają więzienie. Ponieważ wolność jest zawsze po tamtej stronie. Dopóki tamta strona nie stanie się twoim miejscem zamieszkania. Wówczas podróż w poszukiwaniu owego "gdzie indziej", które nie istnieje, zaczyna się od nowa".

Ornela Vorpsi, "Ręka, której nie kąsasz" (Wołowiec, 2009)

piątek, 28 lipca 2017

Michał Przybylski: czwarty sezon nastolatka

Dwa lata minęły w mgnieniu oka.
Michał Przybylski miał wtedy siedemnaście wiosen i był niedługo po debiucie w najwyższej lidze futbolowej Wysp Owczych. Nasza rozmowa na blogu urywała się w pół zdania – bez podsumowań, pytań o plany, bez górnolotnych deklaracji. Wtedy, w maju 2015 roku, zapoczątkowaliśmy dialog, który – płynąc sobie spokojnym nurtem – trwa do dziś. Przez ten czas Michał zmienił dwa razy klub, zagrał prawie 50 razy w ekstraklasie i zapracował na miano bardzo perspektywicznego ligowca młodego pokolenia.
Nie zmieniło się tylko to, że pomimo ograniczeń w komunikowaniu się przez net, wciąż lubimy powałkować tematy futbolowe. Za parę lat będzie z tego wywiad-rzeka ;)


- Jaki był dla Ciebie najprzyjemniejszy piłkarsko moment w tym roku?

Mecz z EB/Streymur pod koniec maja. Strzeliłem dwa gole, wygraliśmy 3:2. Bramkę decydującą o naszym zwycięstwie zdobył w końcówce Andras Frederiksberg i ona ucieszyła mnie chyba najbardziej, bo dała nam pierwsze w tym sezonie zwycięstwo i sprawiła, że moje gole miały jakieś znaczenie.

- A moment najgorszy?
Mecz u siebie z Suðuroy. Prowadziliśmy 2:0, jeden z rywali musiał zejść po czerwonej kartce, strzelili nam na 2:1, dostali kolejną czerwień, grali w dziewięciu i… wyrównali. Sparaliżowało nas przy stałych fragmentach. Niesamowite, jak tego nie wygraliśmy.

- Po takim meczu można się albo załamać albo potwornie wkurzyć. Jak było u Was?
Czuliśmy chyba i to i to. Początkowo bardziej załamanie, w szatni nikt nie odzywał się ani słowem. Potem trener huknął na nas dosadnie i jego reakcja też wydaje mi się zrozumiała. Na szczęście były tylko cztery dni do następnego meczu i szybka możliwość, by się zrehabilitować, zapomnieć o traumie. Pojechaliśmy do Tórshavn na potyczkę z HB i wygraliśmy 2:1. Ktoś sprawdził, że było to nasze pierwsze wyjazdowe zwycięstwo z nimi od 11 lat.

- W tym meczu zaliczyłeś asystę „na nos” przy golu na 1:1, ale na skrócie telewizyjnym można odnieść wrażenie, że nie ucieszyła Cię bramka dla Twojej drużyny. Co się za tym kryło?
Byłem poirytowany, bo w środku pierwszej połowy nasz trener zmienił ustawienie i od tego momentu rywale zaczęli strasznie ze mną pogrywać. Na szczęście w drugiej połowie było już lepiej i wróciła mi pewność z początkowej fazy meczu.

- Skála to Twój trzeci seniorski klub. Co jest w nim takiego, czego nie było w NSÍ i B68?
Wydaje mi się, że jesteśmy tu bardziej rozpieszczani, jeśli można tak to nazwać. Od tego roku mamy nowych kierowników drużyny, którzy pilnują, by niczego nam nie brakowało. Dostajemy specjalne batony, napoje, do tego czekolada, banany, odżywki. Nie zawsze mogliśmy na to liczyć w Toftir i Runavík. Zaletą Skáli jest też bardzo dobre zgranie. Nie ma podziałów, każdy z każdym rozmawia, czego nie można było powiedzieć o Runavík. Piłkarsko więcej zawodników jest na zbliżonym poziomie, co przekłada się na zdrowe współzawodnictwo na treningach – większość chłopaków nie uznaje podejścia „nie potrafię”, więc gierka na koniec ćwiczeń jest bardzo intensywna.
  



- Przedstawisz swoich kumpli z drużyny?

Analizując po kolei pozycjami: bramkarz András Gángó, urodzony na Węgrzech, niskiego wzrostu więc gra nieco słabiej na przedpolu, za to bardzo dobrze na linii. Pracuje jako menedżer w sklepie spożywczym. Prawy obrońca Ari Olsen – zdrowie do biegania, szybki, z dobrym dośrodkowaniem. Uczy się w technikum handlowym. Środkowy obrońca Jákup Jakobsen, niewysoki, ale jeden z najszybszych na swojej pozycji w lidze. Dobrze wyprowadza piłkę. Pracuje w firmie, która wytwarza sieci dla statków rybackich. Drugi środkowy obrońca, „Joba”, Walerian Jobaszwili, Gruzin, wysoki, silny i twardo grający gość, dobry w pojedynkach główkowych. Pracuje na pół etatu w przetwórni ryb. Lewy obrońca Leivur Joensen, prawonożny, z bardzo dobrze ułożoną stopą. Jego atut to stałe fragmenty gry. Pracuje jako sprzedawca w firmie zajmującej się wyposażeniem, budową i naprawą statków. Środkowy pomocnik Pætur Jacobsen, kapitan i najbardziej doświadczony zawodnik w drużynie. Jego atutami są wytrzymałość i nieustępliwość. Ma własną firmę stolarską. Kolejny gracz środka pola, Hákun Edmundsson, mądrze grający zawodnik z dobrym podaniem, zarówno krótkim, jak i długim. Ma dobre, mocne uderzenie i status profesjonalnego piłkarza, jest do nas wypożyczony z drugiej ligi duńskiej. Uczy się zaocznie (już po tej wypowiedzi Hákun przeniósł się do duńskiego klubu Vendsyssel – przyp. wł.). Skrzydłowy Jákup Johansen – lewa noga z bardzo dobrym dryblingiem i dośrodkowaniem. Pracuje w sklepie wyposażającym statki, tak jak Leivur, ale w konkurencyjnej firmie. Skrzydłowy / napastnik Mamuka Toronjadze, drugi Gruzin w zespole, również doświadczony, z dobrym uderzeniem, grający mądrze, ale i siłowo. Podobnie jak Joba, znalazł zatrudnienie przy rybach. Środkowy napastnik / skrzydłowy Edvin Jacobsen może grać na wielu pozycjach, potrafi dobrze rozprowadzać piłkę, ma dopracowany drybling. Uczy się w szkole pedagogicznej. No i wreszcie napastnik, Brian Jacobsen, wysoki i bardzo silny, z umiejętnością utrzymania piłki i dobrej gry w powietrzu. Pracuje jako magazynier w firmie ze skrzydłowym Jákupem. Tak przedstawia się główny team. Jest jeszcze m.in. Jónhard Frederiksberg, chyba najstarszy w drużynie, może grać na każdej pozycji. Ma udziały w firmie rozwożącej ryby. Najmłodszy, Andreas Jacobsen to szybki napastnik z dobrym uderzeniem. Jest uczniem. 

- Ano właśnie. Ty zostałeś, zdaje się, absolwentem?
Na koniec szkoły miałem do zdania sześć egzaminów: trzy ustne i trzy pisemne. Na razie dostałem się na studia marketingowe w Tórshavn. Składałem też papiery na nauczyciela, ale jeszcze nie zdecydowałem co będę robił, chcę mieć jak najwięcej opcji.

- Jak wyglądały te egzaminy?
W przypadku ustnych było losowanie przedmiotów, które trzeba zdać. Mi wylosowano historię, język farerski i taki przedmiot, który można określić jako zrozumienie kultur, na którym uczymy się różnic kulturowych i pożądanych zachowań w kontaktach z przedstawicielami innych nacji. Z historii można było wylosować dzieje Wysp Owczych na przestrzeni ostatnich stu lat, pierwszą wojnę światową, współczesny terroryzm – zadają parę pytań pod dany temat i masz pół godziny na przygotowanie się.

- Gdy rozmawiamy, trwa u Was akurat G! Festival, o którym robi się w Europie coraz głośniej. Uczestniczysz? Lubisz takie klimaty?
Nie mam karnetu, ale udało mi się wejść na koncert
. Moim faworytem jest Janus W. Mortensen – bardzo lubię słuchać jego muzyki, zresztą to mój kolega. Poza tym podobają mi się piosenki zespołu BYRTA, lubię Danny and the Veetos i Swangah


- A publika na meczach
Skáli? Jakbyś ich ocenił?
Na mecze u nas przychodzi sporo ludzi i czasami trochę podopingują. Na wyjazdach jest już słabiej, nie słychać ich tak często. Fanów, którzy robią najlepszą atmosferę, mają
Víkingur í KÍ. Ich kibice wszędzie podróżują za swoją drużyną, z flagami, bębnami i tak dalej. Wymyślają też piosenki dedykowane dla każdego zawodnika, więc na pewno gra się przyjemniej. Te piosenki są na znane melodie, tylko zamiast tekstu skanduje się imiona zawodników.

- W 2005 roku Skála zajęła najwyższe w swojej historii miejsce w lidze – trzecie. Dzięki temu zadebiutowała w europejskich pucharach, mierząc się z silnym norweskim Startem Kristiansand. Czego Wam teraz brakuje, by nawiązać do tamtego sukcesu?
Może rutyny i doświadczenia? W kilku meczach traciliśmy bramki i ważne punkty w samych końcówkach. Gdyby nie te straty, wciąż liczylibyśmy się w walce o czwarte miejsce i możliwość gry w Lidze Europy.

- W Waszym rejonie działa prężnie parę klubów, położonych w sumie na małej przestrzeni, w osadach zamieszkałych przez nie więcej niż po kilkaset osób: po sąsiedzku przez fiord macie silne NS
Í i nieźle zorganizowane B68, jeszcze bliżej, choć za wielką górą, mistrzów z Víkingura, do tego całkiem niedaleko EB/Streymur i ÍF. Jak to możliwe, że na tak małym terytorium starcza miejsca dla wszystkich?
Odpowiedź jest prosta: prawie każdy gra w piłkę, dzięki czemu w każdej miejscowości jest możliwość szkolić dzieci i młodzież pod sztandarem lokalnego klubu.

- Za tym idą obowiązki organizacyjne, potrzeba finansowania. Dużo macie sponsorów?
W zasadzie Skála ma jednego głównego sponsora. Stocznię Mest.

- Co jest dla Ciebie największym zaskoczeniem w bieżącym sezonie?
Na pewno drużyna z Suðuroy. Po połączeniu się w jeden zespół (z trzech klubów: TB, FC Suðuroy i Royn Hvalba – przyp. wł.) zaskoczyli wszystkich i trzymają się blisko czołówki. Ich gra nie jest ładna, ale trzeba przyznać, że mają swój styl i dobrze go rozwijają. Grają przeważnie długą piłkę na napastnika, pomyślność akcji budują na bezpardonowej, twardej walce. Są niebezpieczni przy stałych fragmentach gry. Liderem jest tam Jón Krosslá Poulsen, który dysponuje najmocniejszym uderzeniem w lidze. Na pewno zyskują też dzięki charyzmie szkockiego trenera, który chyba znalazł sposób, jak ich nakręcać.

- A co zyskujesz od swojego trenera?
Cały czas mi powtarza, żebym próbował strzelać z daleka. W ten sposób udało mi się zaskoczyć bramkarzy EB/Streymur i KÍ. Czasami zostaję po treningach potrenować strzały, szczególnie tak zwane „martwą piłką”, knuckleball. Tego typu uderzenie wyszło mi przy pierwszym golu z EB/Streym. Piłka frunęła w różne strony i można powiedzieć, że strzał był niemal idealny.

- Pod koniec lipca liga wznowiła grę po wakacyjnej przerwie, ale zabrakło Cię na boisku w meczach z B36 i EB/Streymur przez kłopoty z wizą.
Skończyło mi się tymczasowe pozwolenie na pracę, wyrobione w październiku. Teraz odpowiednio wcześniej wypełniłem formularz, liczący ponad 20 stron i wysłałem listownie do urzędu imigracyjnego w Danii. I czekam na odpowiedź, nic więcej nie mogę zrobić. W Danii trwa okres urlopowy. Działacze
Skáli próbowali dzwonić, przyspieszyć procedurę, ale nic nie udało się wyjaśnić. Tkwię w niepewności.


wtorek, 20 czerwca 2017

Heiðrik: o obliczach ratowania pamięci

W połowie czerwca w warszawskim klubie Hocki Klocki nad Wisłą zagrał Heiðrik. Farerski multiartysta promował u nas swój album „Funeral”, który ukaże się w Polsce jesienią nakładem Fonobo Label.
Przed każdą z piosenek Heiðrik opowiadał o ich osobistym kontekście oraz zdarzeniach i emocjach, które towarzyszyły powstawaniu tekstów. Historię utworu „Boy” przedstawił wcześniej także w wywiadzie dla So!Music:
Boy jest utworem opisującym historię 17-letniego chłopca z mojego miasta. Wciąż się nad nim znęcano, na podłożu homofobicznym. Pewnego dnia nagle zmarł, a całe miasto pogrążyło się w ciszy z poczucia winy. Nigdy nie zapomnę tego poranka. Byliśmy rówieśnikami, to było takie dziwne. Ta historia utkwiła mi w pamięci i czułem, że muszę ją opowiedzieć. Myślę, że mówi wiele o ludziach i tym, jak reagujemy na nieznane czy nam niezrozumiałe. (…) Wyspy Owcze zmieniły się diametralnie przez ostatnie dziesięć lat. Kiedy byłem dzieckiem, homofobia była na porządku dziennym. Strach i nienawiść kamuflowano i tłumaczono religią. Bardzo cieszy mnie fakt, że młodzi ludzie z Wysp Owczych nie będą musieli tej nienawiści doświadczać”.
Rozmawialiśmy chwilę po koncercie. O tym zmarłym siedemnastolatku i o tym jak ocalić pamięć.
- Nigdy nie wypowiedziałeś jego imienia, ono nigdzie się nie pojawiało. Czy nie uważasz, że warto, by ludzie je poznali?
Heiðrik nie miał wątpliwości.
- Myślę, że nie życzyłaby sobie tego rodzina.


[zdjęcia są kadrami z teledysków zrealizowanych przez Heiðrika: "Boy" i ORKA "Aldan reyð]

środa, 26 kwietnia 2017

Lapidarium farerskich reklam sprzed lat

Reklamy pochodzą z periodyków "Faroe Isles Review" (ukazywały się w drugiej połowie lat 70. XX wieku) oraz "Føroyskur fótbóltur í orðum og myndum" (lata 90.).

piątek, 31 marca 2017

Zanim powstanie farerska mapa aromatów


Jeżeli spróbują kiedyś promować na Wyspach turystykę zapachową - przez to miejsce powinien wieść każdy szlak.
I choć upoją nas tajemnicze nuty kreozotu w zakamarkach Tinganes, świeży ptasi nawóz zmieszany z wilgotną trawą na Mykineshólmur czy słodki aromat wnętrza fabryki opakowań Vestpack w Vestmannie - najtęskniej będzie nam do woni wnętrza Biblioteki Narodowej w Tórshavn.
Jak znaleźć kogoś, kto nazwie ten zapach? Czy występuje on jeszcze gdzieś indziej na świecie? Jak zachować go w sobie choćby na kilka chwil po tym, gdy zatrzasną się drzwi?

sobota, 25 lutego 2017

Steffan Danielsen - melancholijny realista

Morgun á trappuni í Nólsoy, obraz Steffana Danielsena w galerii w Tórshavn

Steffan Danielsen. Malarz-samouk. Debiutował w 1952 roku na wystawie Farerskiej Akademii Sztuki z okazji święta Ólavsøka. Jak czytamy w książce Bárðura Jákupssona „Visual Arts in the Faroes”: „William Heinesen aż gwizdnął z uznania, gdy Steffan zgłosił swoje prace na wystawę, a Kampmann stwierdził, że przydałoby się zorganizować więcej przestrzeni, żeby pomieścić te oryginalne i interesujące prace”. Słowa te wypowiedzieli ówcześni czołowi aktywiści farerskich sztuk pięknych: Heinesen – wybitny pisarz, ale też muzyk, grafik, człowiek wielu talentów oraz Jack Kampmann – organizator życia artystycznego na archipelagu, malarz, inicjator wielu wystaw i warsztatów.


W chwili debiutu Steffan Danielsen miał 30 lat. W latach 1951-56 pomieszkiwał w Danii. Resztę życia, w tym 24 lata aktywnej działalności twórczej spędził na rodzinnej wyspie Nólsoy, odnajdując tam swój intymny świat i wypracowując indywidualny styl artystyczny. „Potrafił nawiązać czułą i szczerą relację z naturą, dzięki czemu zajmuje wyjątkowe miejsce wśród farerskich malarzy” – pisał Bárður Jákupsson.

Steffan Danielsen zmarł w 1976 roku w wieku 54 lat.
W 2009 roku ukazał się obszerny album poświęcony twórczości artysty, autorstwa Kinny Poulsen, opublikowany nakładem wydawnictwa Bókagarður.

[Źródła: Birkblog.blogspot.com, Listaportal.com, album „Visual Arts in the Faroes” red. Bárður Jákupsson, Sprotin 2007]

wtorek, 31 stycznia 2017

Jedno skromne pytanie rzucone na wiatr

Gdzie byli dzisiaj
jak się czuli
i co ucieszyło
ludzi
ze starych, robionych ukradkiem zdjęć?

sobota, 31 grudnia 2016

Powidoki z bezludnej wyspy Lítla Dímun



Przez długi czas karkołomne zbocza wyspy Lítla Dímun zamieszkiwały dzikie owce. Miały krótką czarną sierść, drobną budowę ciała i z łatwością uciekały farmerom. Późniejsze badania wykazały, że rasa pochodziła jeszcze z okresu neolitu i była pokrewna zdziczałym Soay, żyjącym do dziś na szkockim archipelagu St Kilda. Ostatnią Dímunarseyðurin zastrzelono na Małej Dímun w roku 1866. Wypchane eksponaty tych owiec stoją w Muzeum Historycznym Wysp Owczych w Hoyvík. 

 

Dla botaników i zoologów Lítla Dímun nigdy nie będzie badawczym eldorado. Spotkamy tu jedynie maskonury, nurzyki, fulmary, foki i około dwieście pięćdziesiąt owiec. Te ostatnie należą do gospodarzy wyspy, mieszkających na co dzień na sąsiedniej Suðuroy. 

W cienkiej warstwie gleby na Lítli przyjęło się dziewięć rodzajów traw i pochodnych, m.in. warzucha lekarska z rodziny kapustowatych, dawniej używana przez marynarzy jako lekarstwo na szkorbut.

sobota, 19 listopada 2016

Przestrzeń jako forma absolutu



Andrzej Stasiuk w rozmowie z Piotrem Brysaczem w książce "Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm":

"Bo na Wschodzie umysł lepiej działa. Ma więcej miejsca. Tak mi się wydaje. Jednych przeraża ta otchłań, a mnie nastraja medytacyjnie. Step [...] to jest coś w rodzaju zmaterializowanej religii. W ogóle przestrzeń to jest przecież jakaś forma absolutu. [...] Tam rzeczywiście jest większa zgoda, by się rozpuścić w tej przestrzeni - nawet jak ona skrywa jedynie pustkę. A może właśnie dlatego".



"Bo człek ma metafizyczną potrzebę uczestnictwa w czymś, co go przerasta, w czymś większym. Nie każdy oczywiście. Ale ta potrzeba jest i przestrzeń ją zaspokaja. Jak się ją raz zobaczyło, to nie można już oderwać myśli".



niedziela, 9 października 2016

Tajemna historia świata między Sumbą i Gjógv


„Po drodze zatrzymywałem się co kilka kroków, by zrobić zdjęcie jakiejś kupy śmieci, rozpadającego się budynku, liszajów złuszczonej farby na elewacji czy graffiti.
– Po co to fotografujesz? – spytał Mike, gdy skierowałem obiektyw na drabinę opartą o żółtą ścianę.
– To do mojego projektu.
– A cóż to za projekt? – zapytał. W kącikach ust pojawiła się zapowiedź uśmiechu.
– Tajemna historia świata – odparłem.
– To znaczy?
– Robię zdjęcia wszystkiego, co inni też widzą, ale uważają za nieistotne.
– Na przykład drabiny opartej o ścianę?
– Albo graffiti… albo łuszczącej się farby na elewacji… albo zdechłego psa. Jeśli zatrzymasz się na moment i spojrzysz na to wszystko, dostrzeżesz piękno. Jeśli nauczysz się patrzeć. Tworzę przepastne archiwum utraconych chwil, niedostrzeżonych objawień.
– I komu pokazujesz te zdjęcia?
– Nikomu. Dlatego to jest tajemna historia świata”.

Zagubiony kosmonauta”, Daniel Kalder, Czarne 2008
przekład Maciej Ignaczak i Piotr Siemion

środa, 28 września 2016

Co najbardziej lubisz w swojej osadzie?

Pojechać do każdej miejscowości i pytać ludzi co wydaje im się tam najfajniejsze. Z czego są dumni, co najbardziej lubią, a co chcieliby zmienić.
"To był dzień święta wyspy. Przypłynęło do nas do osady ze trzydzieści osób. Były rozmowy i zabawa. Odkąd pamiętam, nie widziałem tu tylu ludzi. Czułem się wtedy naprawdę szczęśliwy" - mówił Kindze Leivur z Fugloy.

(inspirowane "Miastem Archipelag" Filipa Springera) 

środa, 17 sierpnia 2016

Klasyczny kassabilakappkoyring w Skopun



Pojazdów było trzynaście, zrobionych z czego popadnie - z drewna, plastiku, blachy. Na kółkach od wózków i rowerów.
Punkt startu wyznaczono w górnej części osady, skąd zjeżdżało się do mety położonej przy porcie.
"Wyścigi zorganizowała już drugi raz pewna pani, która mieszka tu, w Skopun" - napisała S. "Pojazdy budowały dzieci razem z rodzicami". Tak minęło leniwe popołudnie.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Michał Przybylski: nauka i małe satysfakcje

Oto Michał Przybylski. Od tego sezonu – pełnoprawny ligowy piłkarz ekstraklasy Wysp Owczych. W grudniu zeszłego roku skończył dopiero 18 lat, ale jego przygoda z poważną piłką nabiera niezłego rozpędu. Zawsze chętny do wymiany opinii na temat farerskiego futbolu (i nie tylko), co zaowocowało wcześniejszymi rozmowami w styczniu 2016 roku i maju 2015 roku.
Liga piłkarska osiągnęła półmetek, lato za pasem, rozmawiamy znowu. Miłej lektury!



Michał, za nami 16 kolejek bieżącego sezonu. Zagrałeś w 13 meczach ekstraklasy, 9 z nich w pełnym wymiarze. Spędziłeś na boisku 1033 minuty. Strzeliłeś 3 bramki. Co Cię zaskoczyło po tak dynamicznym przeskoku na najwyższy szczebel?
Najtrudniejsze było dla mnie chyba zdobycie zaufania trenera. Do 6. kolejki zagrałem tylko w trzech meczach, z czego tylko w jednym od początku. Szczerze mówiąc, kiedy przyszedłem zimą do B68 nie spodziewałem się, że będzie aż tak trudno zdobyć sobie miejsce w pierwszej jedenastce.
Trudno było mi też przestawić się na inny styl gry. W NSÍ, moim poprzednim klubie, to zwykle my byliśmy częściej przy piłce i kreowaliśmy atak. W B68 przez większość meczu czekamy na rywali na naszej połowie i szukamy okazji do kontr. Kiedy przypadła nam rola prowadzenia gry w spotkaniach z TB i AB, a więc z drużynami z którymi walczymy o utrzymanie w lidze, okazało się, że nie za bardzo nam to wychodzi. Mieliśmy spore trudności, by dochodzić do sytuacji strzeleckich. To dla mnie spore zaskoczenie. Grają u nas solidni zawodnicy ofensywni, a często mamy problem, by w ogóle oddać strzał na bramkę...

Którzy rywale dali Ci się najmocniej we znaki?
Najtrudniejsze były chyba dwa mecze z Víkingurem. Moim zdaniem to najlepszy zespół na Wyspach motorycznie i fizycznie – jeśli odpuścisz z nimi choćby fragment gry, to nie ma szans na zdobycie punktów. U nich przegraliśmy 0:4, a u nas zremisowaliśmy po brzydkim meczu 2:2. Można powiedzieć, że na ten rewanż wyszliśmy jak na wojnę, bo wiedzieliśmy, że tylko tak możemy im dorównać.



Wasza sytuacja w tabeli jest nie za wesoła: ostatnie miejsce, 7 remisów, 9 porażek. Jak to wygląda od strony atmosfery? Widzisz się z drużyną tylko na treningach, czy miewacie też jakieś narady, spotkania integracyjne itp.?
Za dużo takich spotkań nie było. Po meczu z HB, kończącym pierwszą fazę rozgrywek, pojawiły się głosy, żeby spędzać ze sobą więcej czasu poza treningami. Chyba właśnie brakuje u nas takiej integracji i kumpelskich spotkań, jakie są normą choćby w KÍ, czy B36. Drużyna nam się lekko rozsypuje, więc takie inicjatywy mogą wyjść tylko na dobre. My, młodsi zawodnicy B68, widzimy się poza treningami trochę częściej – oglądamy mecze, gramy w Fifę 16, czasem robimy jakieś żarty albo zabawy.

Zabawy?
Konkursy strzeleckie na bramkę albo do wymyślonego celu. O butelkę oranżady. Albo „headis” czyli ping pong głową zamiast rakietki. Mamy też przy boisku plastikowy kontener pożyczony z portu. Taki, do którego ładuje się ryby z kutra. Wlewamy do niego zimną wodę i siadamy sobie w nim we trzech lub czterech, gadamy.
Jest też kilku starszych, którzy starają się dbać o atmosferę. Na przykład Kristian Anton Andreassen. Gość po trzydziestce, żona, dzieci, a jak wchodzi do szatni, to zamienia się w 18-latka. Największy żartowniś w drużynie. Albo Jóhan Dávur Højgaard. Kibice podśmiewają się z jego postawy, ale to facet, który ma pojęcie o piłce, dobrze czyta grę i jest liderem w szatni – umie zmotywować i, kiedy trzeba, użyć mocniejszych słów. Ma 34 lata i ponad 190 cm wzrostu. Jego ruchy wydają się nieco spowolnione, co wzbudza wesołość fanów, ale to nietuzinkowy piłkarz, potrafi zaskoczyć naprawdę bajecznym dryblingiem. Poza tym jest ikoną B68 – poza epizodem w GÍ Gøta, gra w Toftir już dziewiętnasty sezon. Na co dzień pracuje jako stolarz.

W drugiej części sezonu nie będzie was już prowadził trener Páll Guðlaugsson, któremu zarząd podziękował za współpracę. Pod wodzą Pálla reprezentacja Wysp Owczych 26 lat temu ograła w pamiętnym meczu Austrię 1:0. Czego się od niego nauczyłeś?
Prostej rzeczy, na którą wcześniej nie zwracałem zbytnio uwagi: rozglądania się. Wpajał mi, bym próbował tego przed otrzymaniem podania, ale też jak byłem przy piłce i po jej oddaniu. Często robiliśmy różne ćwiczenia, w trakcie których kontakt wzrokowy z futbolówką miał być ograniczony do minimum. Trener nauczył mnie też rozmaitych ćwiczeń siłowych i wzmacniających – jest po wielu kursach, a teraz pracuje na siłowni jako instruktor i rehabilitant.

O co masz do siebie największe pretensje po półmetku sezonu, a z czego jesteś najbardziej zadowolony?
W NSÍ przez dwa lata grałem na pozycji defensywnego pomocnika, więc czasami brakuje mi pazerności w ofensywie. Szukam łatwiejszych rozwiązań, zamiast zaryzykować i spróbować indywidualnej akcji. W tym roku trener znalazł dla mnie miejsce na skrzydle i od razu mam okazję grać więcej do przodu, czego w NSÍ mi zabraniano.

Których piłkarzy z innych drużyn byś wyróżnił?
Jest ich co najmniej kilku. Po pierwsze Sølvi Vatnhamar, lider Víkingura. Grał przeciwko nam tylko w pierwszym meczu. Jest to zawodnik, który może biegać bez przerwy, niezwykle silny fizycznie. Na pewno ważny filar Wikingów. Po drugie Árni Frederiksberg z NSÍ. Ma chyba najwięcej asyst w lidze i 6 strzelonych bramek. Zdecydowanie najlepsza lewa noga na Wyspach. Na boisku robi co chce i z kim chce. Dalej Albert Adu z TB. Niski i bardzo szybki. Świetny w obu grach przeciwko nam. Potrafi wygrywać zawody praktycznie w pojedynkę. Sporo punktów na koncie TB to głównie jego zasługa. Wyróżniłbym też obu bocznych obrońców HB. Mają dużo asyst, są dobrze przygotowani motorycznie. Grałem przeciwko nim na skrzydle dwa razy i w tych meczach miałem zdecydowanie najtrudniej.

Czy lokalne gazety jakoś Cię zauważały? Pojawiałeś się w relacjach prasowych?
Nic szczególnego nie było. Przed rozpoczęciem sezonu ukazywały się dodatki do gazet z zapowiedziami, reportażami i opiniami „ekspertów” i gdzieś tam wymieniano mnie w typowaniach do „odkrycia B68”. Nie brałem tego zbyt serio, ale fajnie, że ktoś tam miał jakieś oczekiwania.

Pod koniec czerwca zaliczyłeś jeszcze 45 minut w rezerwach B68. Zagraliście na najbardziej egzotycznym placu na Wyspach Owczych, czyli w peryferyjnej Hvalbie, gdzie jest jedyna na archipelagu płyta z naturalną trawą. Jak wrażenia?
Szkoda gadać. Praktycznie nie da się tam grać dołem. Trzeba próbować akcji niczym z beach soccera, bo nigdy nie wiadomo gdzie i jak podskoczy piłka. Graliśmy więc jak najwięcej górą, czasem do przesady. Boisko Roynu jest ciekawostką, ale nie spełnia warunków nawet drugiego szczebla rozgrywkowego. Rozmawiałem z chłopakami z Hvalby – oni bardzo by chcieli awansować, ale z takim boiskiem oznaczałoby to domowe mecze w gościnie u TB. Na małej i odległej wyspie Suðuroy są trzy kluby – najbardziej utalentowani zawodnicy trafiają w końcu do TB, które gra w ekstraklasie. Część idzie do FC Suðuroy, które krąży między Effodeildin i I ligą. Royn pozostawał zawsze w cieniu, więc i sportowo i organizacyjnie trudno tam o jakiś większy sukces. 

Piłka nożna cieszy się na Wyspach Owczych bardzo dużą popularnością. W tym sezonie znowu wydano karty kolekcjonerskie z wizerunkami piłkarzy wszystkich drużyn. Podpisywałeś już jakiemuś nastolatkowi kartę z Twoją podobizną?
Rzeczywiście, te karty są bardzo popularne. Nie ma chyba dziecka, które by ich nie zbierało. I co mecz podchodzi do mnie ktoś do podpisu, czasami też po treningach. To naprawdę fajna sprawa – przecież jeszcze niedawno sam kolekcjonowałem te karty i zaczepiałem piłkarzy o autografy ;)