poniedziałek, 11 lipca 2016

Michał Przybylski: nauka i małe satysfakcje

Oto Michał Przybylski. Od tego sezonu – pełnoprawny ligowy piłkarz ekstraklasy Wysp Owczych. W grudniu zeszłego roku skończył dopiero 18 lat, ale jego przygoda z poważną piłką nabiera niezłego rozpędu. Zawsze chętny do wymiany opinii na temat farerskiego futbolu (i nie tylko), co zaowocowało wcześniejszymi rozmowami w styczniu 2016 roku i maju 2015 roku.
Liga piłkarska osiągnęła półmetek, lato za pasem, rozmawiamy znowu. Miłej lektury!



Michał, za nami 16 kolejek bieżącego sezonu. Zagrałeś w 13 meczach ekstraklasy, 9 z nich w pełnym wymiarze. Spędziłeś na boisku 1033 minuty. Strzeliłeś 3 bramki. Co Cię zaskoczyło po tak dynamicznym przeskoku na najwyższy szczebel?
Najtrudniejsze było dla mnie chyba zdobycie zaufania trenera. Do 6. kolejki zagrałem tylko w trzech meczach, z czego tylko w jednym od początku. Szczerze mówiąc, kiedy przyszedłem zimą do B68 nie spodziewałem się, że będzie aż tak trudno zdobyć sobie miejsce w pierwszej jedenastce.
Trudno było mi też przestawić się na inny styl gry. W NSÍ, moim poprzednim klubie, to zwykle my byliśmy częściej przy piłce i kreowaliśmy atak. W B68 przez większość meczu czekamy na rywali na naszej połowie i szukamy okazji do kontr. Kiedy przypadła nam rola prowadzenia gry w spotkaniach z TB i AB, a więc z drużynami z którymi walczymy o utrzymanie w lidze, okazało się, że nie za bardzo nam to wychodzi. Mieliśmy spore trudności, by dochodzić do sytuacji strzeleckich. To dla mnie spore zaskoczenie. Grają u nas solidni zawodnicy ofensywni, a często mamy problem, by w ogóle oddać strzał na bramkę...

Którzy rywale dali Ci się najmocniej we znaki?
Najtrudniejsze były chyba dwa mecze z Víkingurem. Moim zdaniem to najlepszy zespół na Wyspach motorycznie i fizycznie – jeśli odpuścisz z nimi choćby fragment gry, to nie ma szans na zdobycie punktów. U nich przegraliśmy 0:4, a u nas zremisowaliśmy po brzydkim meczu 2:2. Można powiedzieć, że na ten rewanż wyszliśmy jak na wojnę, bo wiedzieliśmy, że tylko tak możemy im dorównać.



Wasza sytuacja w tabeli jest nie za wesoła: ostatnie miejsce, 7 remisów, 9 porażek. Jak to wygląda od strony atmosfery? Widzisz się z drużyną tylko na treningach, czy miewacie też jakieś narady, spotkania integracyjne itp.?
Za dużo takich spotkań nie było. Po meczu z HB, kończącym pierwszą fazę rozgrywek, pojawiły się głosy, żeby spędzać ze sobą więcej czasu poza treningami. Chyba właśnie brakuje u nas takiej integracji i kumpelskich spotkań, jakie są normą choćby w KÍ, czy B36. Drużyna nam się lekko rozsypuje, więc takie inicjatywy mogą wyjść tylko na dobre. My, młodsi zawodnicy B68, widzimy się poza treningami trochę częściej – oglądamy mecze, gramy w Fifę 16, czasem robimy jakieś żarty albo zabawy.

Zabawy?
Konkursy strzeleckie na bramkę albo do wymyślonego celu. O butelkę oranżady. Albo „headis” czyli ping pong głową zamiast rakietki. Mamy też przy boisku plastikowy kontener pożyczony z portu. Taki, do którego ładuje się ryby z kutra. Wlewamy do niego zimną wodę i siadamy sobie w nim we trzech lub czterech, gadamy.
Jest też kilku starszych, którzy starają się dbać o atmosferę. Na przykład Kristian Anton Andreassen. Gość po trzydziestce, żona, dzieci, a jak wchodzi do szatni, to zamienia się w 18-latka. Największy żartowniś w drużynie. Albo Jóhan Dávur Højgaard. Kibice podśmiewają się z jego postawy, ale to facet, który ma pojęcie o piłce, dobrze czyta grę i jest liderem w szatni – umie zmotywować i, kiedy trzeba, użyć mocniejszych słów. Ma 34 lata i ponad 190 cm wzrostu. Jego ruchy wydają się nieco spowolnione, co wzbudza wesołość fanów, ale to nietuzinkowy piłkarz, potrafi zaskoczyć naprawdę bajecznym dryblingiem. Poza tym jest ikoną B68 – poza epizodem w GÍ Gøta, gra w Toftir już dziewiętnasty sezon. Na co dzień pracuje jako stolarz.

W drugiej części sezonu nie będzie was już prowadził trener Páll Guðlaugsson, któremu zarząd podziękował za współpracę. Pod wodzą Pálla reprezentacja Wysp Owczych 26 lat temu ograła w pamiętnym meczu Austrię 1:0. Czego się od niego nauczyłeś?
Prostej rzeczy, na którą wcześniej nie zwracałem zbytnio uwagi: rozglądania się. Wpajał mi, bym próbował tego przed otrzymaniem podania, ale też jak byłem przy piłce i po jej oddaniu. Często robiliśmy różne ćwiczenia, w trakcie których kontakt wzrokowy z futbolówką miał być ograniczony do minimum. Trener nauczył mnie też rozmaitych ćwiczeń siłowych i wzmacniających – jest po wielu kursach, a teraz pracuje na siłowni jako instruktor i rehabilitant.

O co masz do siebie największe pretensje po półmetku sezonu, a z czego jesteś najbardziej zadowolony?
W NSÍ przez dwa lata grałem na pozycji defensywnego pomocnika, więc czasami brakuje mi pazerności w ofensywie. Szukam łatwiejszych rozwiązań, zamiast zaryzykować i spróbować indywidualnej akcji. W tym roku trener znalazł dla mnie miejsce na skrzydle i od razu mam okazję grać więcej do przodu, czego w NSÍ mi zabraniano.

Których piłkarzy z innych drużyn byś wyróżnił?
Jest ich co najmniej kilku. Po pierwsze Sølvi Vatnhamar, lider Víkingura. Grał przeciwko nam tylko w pierwszym meczu. Jest to zawodnik, który może biegać bez przerwy, niezwykle silny fizycznie. Na pewno ważny filar Wikingów. Po drugie Árni Frederiksberg z NSÍ. Ma chyba najwięcej asyst w lidze i 6 strzelonych bramek. Zdecydowanie najlepsza lewa noga na Wyspach. Na boisku robi co chce i z kim chce. Dalej Albert Adu z TB. Niski i bardzo szybki. Świetny w obu grach przeciwko nam. Potrafi wygrywać zawody praktycznie w pojedynkę. Sporo punktów na koncie TB to głównie jego zasługa. Wyróżniłbym też obu bocznych obrońców HB. Mają dużo asyst, są dobrze przygotowani motorycznie. Grałem przeciwko nim na skrzydle dwa razy i w tych meczach miałem zdecydowanie najtrudniej.

Czy lokalne gazety jakoś Cię zauważały? Pojawiałeś się w relacjach prasowych?
Nic szczególnego nie było. Przed rozpoczęciem sezonu ukazywały się dodatki do gazet z zapowiedziami, reportażami i opiniami „ekspertów” i gdzieś tam wymieniano mnie w typowaniach do „odkrycia B68”. Nie brałem tego zbyt serio, ale fajnie, że ktoś tam miał jakieś oczekiwania.

Pod koniec czerwca zaliczyłeś jeszcze 45 minut w rezerwach B68. Zagraliście na najbardziej egzotycznym placu na Wyspach Owczych, czyli w peryferyjnej Hvalbie, gdzie jest jedyna na archipelagu płyta z naturalną trawą. Jak wrażenia?
Szkoda gadać. Praktycznie nie da się tam grać dołem. Trzeba próbować akcji niczym z beach soccera, bo nigdy nie wiadomo gdzie i jak podskoczy piłka. Graliśmy więc jak najwięcej górą, czasem do przesady. Boisko Roynu jest ciekawostką, ale nie spełnia warunków nawet drugiego szczebla rozgrywkowego. Rozmawiałem z chłopakami z Hvalby – oni bardzo by chcieli awansować, ale z takim boiskiem oznaczałoby to domowe mecze w gościnie u TB. Na małej i odległej wyspie Suðuroy są trzy kluby – najbardziej utalentowani zawodnicy trafiają w końcu do TB, które gra w ekstraklasie. Część idzie do FC Suðuroy, które krąży między Effodeildin i I ligą. Royn pozostawał zawsze w cieniu, więc i sportowo i organizacyjnie trudno tam o jakiś większy sukces. 

Piłka nożna cieszy się na Wyspach Owczych bardzo dużą popularnością. W tym sezonie znowu wydano karty kolekcjonerskie z wizerunkami piłkarzy wszystkich drużyn. Podpisywałeś już jakiemuś nastolatkowi kartę z Twoją podobizną?
Rzeczywiście, te karty są bardzo popularne. Nie ma chyba dziecka, które by ich nie zbierało. I co mecz podchodzi do mnie ktoś do podpisu, czasami też po treningach. To naprawdę fajna sprawa – przecież jeszcze niedawno sam kolekcjonowałem te karty i zaczepiałem piłkarzy o autografy ;)


czwartek, 30 czerwca 2016

Kobieta i ocean: 54 lata intymnej przyjaźni

Opowieść o 85-letniej Marii á Heygum z Vestmanny, która od 48 lat codziennie kąpie się w oceanie, nakręcił jej wnuk, Heiðrik á Heygum. Mini dokument „Aldur” („Fale”) miał premierę w 2010 roku. – To film o głębokiej i intymnej relacji między człowiekiem i naturą. O wierności i trwałości. Nigdy nie spotkałem osoby, która potrafiła zawiązać tak silną więź z czymkolwiek – opowiadał młody reżyser w wywiadzie dla farerskiej telewizji.


Kilka dni temu napisałem do Heiðrika po długiej przerwie. W sobotę 25 czerwca miało odbyć się spotkanie na temat Wysp Owczych przy okazji Halfway Festival w Białymstoku. Pomyślałem, że znów warto byłoby pokazać ludziom „Aldur” i przedstawić Marię. Heiðrik był jak zawsze na tak. Zapytałem go o bohaterkę filmu.
– Dawno nie rozmawialiśmy. Jak się czuje Twoja babcia?
Faktycznie minęło sporo czasu. Heiðrik odpisał po chwili.
– U babci wszystko dobrze. Skończyła 92 lata i nadal pływa!

[Wykorzystano ujęcia z filmu "Waves – A Portrait of Maria á Heygum" oraz z wywiadu z reżyserem]

wtorek, 31 maja 2016

Jens Martin Knudsen: sława po farersku

 

„To łatwe być sławnym na Wyspach Owczych. Choć pokazują twoją twarz w gazetach i jesteś przepytywany przez dziennikarzy, Farerów w ogóle to nie ekscytuje. Jesteś tu jednym z wielu, nie bardziej wyjątkowy niż ktokolwiek inny. Ludzie stąd wiedzą mniej więcej co słychać w moim życiu i nie czują potrzeby dopytywać. Nie spotykam gapiących się nieznajomych, nie ma obcych, którzy zaczepiają mnie na ulicy. Nie muszę się ukrywać, nieszczerze uśmiechać, nie wymieniam kurtuazyjnych uścisków. Wyspy Owcze są najlepszym miejscem na ziemi do bycia tak zwanym sławnym. To cenne, ponieważ obcokrajowcy bywają często zbyt ciekawscy i gruboskórni. Zdarza się, że przychodzą do mojego domu w Runavík bez słowa zapowiedzi. Staram się być grzeczny, zapraszam ich na filiżankę kawy. Siedzimy parę minut, rozmawiamy. Potem robią sobie ze mną zdjęcie i odchodzą”.

Jens Martin Knudsen, między innymi bramkarz piłkarski, wystąpił w legendarnym meczu Wysp Owczych z Austrią w 1990 roku, sensacyjnie wygranym przez debiutujących Farerów. Biografia Jensa Martina zatytułowana „The bobble hat goalkeeper” ukazała się w 2012 roku nakładem farerskiego wydawnictwa Sprotin.


sobota, 30 kwietnia 2016

Grindwale: historia, etnografia, symbol - cz. I

Pewna Farerka tak wspominała lata 50. minionego wieku: „Kiedy łodzie rybackie nie mogły wypływać w morze ze względu na pogodę, przez wszystkie dni jedliśmy na obiad mięso grindwali. Nie dlatego, że nam smakowało. Uważałam, że to podłe serwować codziennie to samo. Ale walenina była tym, co mieliśmy najcenniejsze”.

W 1928 roku naczelnik lekarski Wysp Owczych stwierdził: „trudno dostatecznie mocno podkreślić jak ważna jest walenina dla naszej społeczności. Czy to świeża, czy suszona, czy solona, jest dla nas praktycznie jedynym źródłem mięsa”.

Nauczyciel z Tvøroyri opowiadał o sytuacji z lat 30., gdy nagła obfitość jedzenia z polowania na grindwale wpływała na najmłodszych mieszkańców osady: „kiedy dzieci zjadały wielorybie mięso i tłuszcz, ich policzki nabierały kolorów i o wiele łatwiej było im uciąć poobiednią drzemkę w szkole – nasyceni spali zdrowym i spokojnym snem”.

Mieszkańcy Wysp Owczych zawsze dokonywali rozróżnienia między posiłkiem codziennym i niedzielnym. Mięso i tłuszcz wieloryba nie były spożywane w niedziele i święta, chyba że wykorzystywano je jako substytut innych dań. W przeszłości, zanim na archipelagu nastała era elektryczności i lodówek (1953-62), solone mięso wieloryba namoczone w wodzie serwowane było z sosem jako danie niedzielne. Brązowy sos sprawiał, że codzienny posiłek stawał się daniem odświętnym.

[na podstawie „Pilot whaling in the Faroe Islands. History, ethnography, symbol”, Jóan Pauli Joensen, Tórshavn 2009]

środa, 30 marca 2016

Autobusowym szlakiem po aglomeracji Tórshavn

Na stronie internetowej miasta Tórshavn zainstalowano licznik, który w czasie rzeczywistym aktualizuje liczbę pasażerów korzystających danego dnia z miejskich autobusów.


 
Nowinką technologiczną są też przystankowe wyświetlacze czasu pozostałego do odjazdu najbliższego autobusu.


Komunikacja miejska w Tórshavn jest bezpłatna i obsługuje także kilka pobliskich osad. W poszukiwaniu nastrojowych peryferii można wybrać się choćby linią 3 i wysiąść na zawrotce Millum Gilja w Hoyvík. Szukajcie tajemniczego tunelu w pobliżu!



[foto własne, Álvur Haraldsen, Jerome Luepkes]

poniedziałek, 29 lutego 2016

Użyteczność ponad niedorzecznościami




„Tym razem mieli szczęście, ryba brała.
      Gdy w łodzi zaczęło trzepotać, poprawiły im się humory. Zesztywniały od natężenia Kalv wciągał rybę.
      Ilekroć syn wybierał, tylekroć Ketil mówił: – Wrzuć ryby do łodzi i tak je zostaw. – Jego słowa brzmiały nieco tajemniczo, jak gdyby się obawiał, że ktoś mógłby go podsłuchać i stać się zazdrosnym. – Widzę, że ci się dobrze wiedzie – uśmiechnął się do Kalva – masz rybackie szczęście.
      Powtarzał to, przewlekając wiosła – może jednak będzie z Kalva jeszcze rybak, wygląda na to, jakby jego rybacka gwiazda dobrze się zapowiadała. Stopniowo może się wyrobić tak dobrze jak inni, którzy mają więcej rozumu. A na co wielu zużywa swój rozum? Tylko na niedorzeczności – zagrzebują się w książkach i chcą mieć wszystko możliwe, co tylko istnieje w wielkim świecie, zamiast stać się użytecznymi we własnej wiosce”.

"Honor biedaka" Heðin Brú ("Feðgar á ferð", 1940), tłumaczenie z języka duńskiego Henryk Anders i Maria Krysztofiak

wtorek, 5 stycznia 2016

Polsko-farerski Hyde Park, część 5: znów Michał

Z Michałem rozmawialiśmy po raz pierwszy ponad pół roku temu. Od tamtego czasu zdobył dwa piłkarskie trofea - srebrny medal ligi z seniorami i złoty z juniorami. Późną jesienią zdecydował się zmienić drużynę i wrócić do macierzystego B68 Toftir. W grudniu skończył 18 lat. Lubimy futbolowe pogawędki, więc nie odmówiliśmy sobie przyjemności, by znów zagaić Michała i zapytać go o kilka kwestii.


Michał, czym przekonali Cię działacze B68 do zmiany klubu? W maju mówiłeś o Waszych słabych relacjach, a tu nagle taki zwrot akcji.
Od tamtego czasu kilka razy odwiedził mnie prezes B68, Niclas Davidsen. To nowy człowiek w zarządzie, on nie uczestniczył w dawnych sporach, nie było go, gdy odchodziłem do NSÍ. Niclas przedstawił mi plany B68 na najbliższy rok i powiedział, że bardzo chciałby, żebym dołączył do zespołu.
NSÍ zaproponowało mi nowy kontrakt przed ostatnim meczem w październiku. Wtedy prowadziłem już rozmowy z B68. Czekałem z podjęciem decyzji jak najdłużej, rozważając wszelkie za i przeciw. Z NSÍ miałem często telefony, ale rozmowy były mało konkretne. Zniechęciło mnie też kilka sytuacji z trenerem pierwszego zespołu NSÍ, które przytrafiły mi się w trakcie sezonu. Nie miałem ochoty kontynuować z nim współpracy.
Mam wrażenie, że B68 po prostu bardziej zależało na tym, bym do nich trafił. Czułem, że nie jestem im obojętny, czego nie mogę powiedzieć o
NSÍ. Najważniejsze jest dla mnie granie jak największej liczby meczów i to jak najwięcej w Effodeildin. Przez dwa lata obecności w NSÍ rozegrałem 50 meczów w rezerwach i tylko osiem dla pierwszej drużyny, w kolejnych dwudziestu przesiadując całe zawody na ławce rezerwowych. Faktem jest, że B68 ma słabszą drużynę od NSÍ, ale dla mnie najważniejsze są minuty na boisku. Wiem, że dużo osób z Runavík zastanawia się, czemu zdecydowałem się odejść, choć pewnie nadal dostawałbym swoje szanse w NSÍ. Podjąłem ryzyko, bo jak nie uda mi się teraz łapać do pierwszego składu B68, to będę zmuszony grać na trzecim szczeblu (2. deild), a rezerwy NSÍ grają na drugim szczeblu (1. deild). Ale mnie interesują teraz wyłącznie występy w Effodeildin, a w B68 droga do pierwszego składu wydaje się trochę krótsza. 

Wspomniałeś o trudnych sytuacjach z trenerem pierwszego zespołu NSÍ. O co chodziło?
Trener Trygvi Mortensen ewidentnie mnie nie lubił. Chyba zresztą nie lubił nikogo z młodych, bo często słyszeliśmy od niego różne niepotrzebne komentarze. Starsi zawodnicy też za nim za bardzo nie przepadali. Zarząd zdawał sobie z tego sprawę, ale chyba po prostu się go bali, bo to on decydował o wszystkim w klubie.
Dwa razy zdarzyło się, że wziął na mecz tylko 15 zawodników, choć wiedział, że jestem gotowy do gry i mi bardzo zależy. To były chyba mecze z beniaminkami – TB i FC Suðuroy. Z kolei z HB przesiedziałem na ławce cały mecz, a zamiast mnie wszedł kontuzjowany rezerwowy, który nie trenował od ponad tygodnia i jak wbiegał na boisko, to utykał. Zdarzały się też kuriozalne i demotywujące sytuacje, że skład był ustalany dwa tygodnie przed meczem.
Ciekawy jest przypadek Meinharda Olsena, którego nasz trener sadzał notorycznie na ławce – na 40 meczów w NSÍ wyszedł w pierwszym składzie bodaj tylko raz. I oto w wakacje Meinharda kupiło duńskie Vendyssel. Trener NSÍ go nie chciał, a podpisał z nim kontrakt klub, który walczył o awans do ekstraklasy Danii.


Jakie pozytywne wspomnienia wynosisz z Runavík?
Bardzo podobały mi się treningi i możliwość ćwiczenia z dobrymi piłkarzami. W NSÍ były trzech, czterech chłopaków z pierwszej reprezentacji Wysp Owczych i do tego jeszcze trzech z młodzieżówki. Dobrze wspominam też mistrzostwo z drużyną U18, gdzie przegraliśmy tylko jeden mecz w sezonie. Do tego oczywiście tych kilka epizodów w Effodeildin, choćby te z końcówki sezonu, kiedy ważyły się losy naszego wicemistrzostwa. Występy w meczach o taką stawkę wzmocniły mnie psychicznie.
Zakumplowałem się na dobre z kilkoma zawodnikami. Najlepszy kontakt mam z Hákunem Edmundssonem, z którym grałem kilka lat jeszcze w B68. Chodzimy do tej samej klasy, więc widzieliśmy się praktycznie na okrągło.

Czy potrafisz już ocenić co zmieniło się w B68 przez te kilka lat Twojej nieobecności?

Jest nowy prezes i nowy zarząd, a wraz z nimi inne spojrzenie na klub. Powoli poprawia się praca z młodzieżą, bo nie chcą popełnić tego samego błędu, co z nami parę lat temu. Obecny prezes jest chyba jedynym człowiekiem w Toftir, który aktualnie nadaje się do tej roli. Widać, że zna się na rzeczy i – co najważniejsze – bardzo mu zależy na B68. 
Tak naprawdę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie było mnie w klubie przez trzy lata. Ale słyszę od innych zawodników, że wszystko wraca na dobrą drogę.

Kto wyróżnia się w Waszym zespole?
Nie wszystkich jeszcze widziałem w trakcie treningów, ale najbardziej doświadczony wydaje się André Olsen. Zaliczył występy we wszystkich kadrach młodzieżowych Wysp, zwiedził tu kilka klubów. Ma dobrą lewą nogę, może grać zarówno na środku, jak i na skrzydle. Do tego na pewno Niklas Poulsen, który preferuje ostrą walkę i nigdy nie odpuszcza. Gra zwykle na środku obrony, może też na boku. Oni dwaj są liderami zespołu.

Wiadomo co nieco o planach Waszych przygotowań?
Pierwszy sparing zagramy w połowie stycznia, z tego co słyszałem z Víkingurem. W drugi weekend lutego lecimy na kilkudniowy obóz do Reykjavíku. Liga rusza 6 marca.

Bardzo solidnie prezentuje się budynek klubowy B68, zbudowany w latach 90. na potrzeby reprezentacji i europucharów. Czy w środku wygląda równie dobrze jak z zewnątrz?
Właśnie trwa remont, powstają dwie nowe szatnie. Jest też robiony taki a’la taras czy balkon na budynku. Szatnie, które teraz mamy są raczej największe na Wyspach, a szatnia gości jest chyba większa od naszej. W budynku jest też siłownia. W porównaniu z innymi klubami na pewno nie możemy narzekać.


A murawa?
Boisko w Tofcie to na pewno czołówka na Wyspach. Pod murawą nie ma twardej nawierzchni, jak to czasem bywa, ale coś co sprawia, że jest bardziej miękka, może to pozostałości dawnego naturalnego podłoża dla trawy. Mam wrażenie, że biega się u nas łatwiej.

Czy w budynku klubowym są pokoje dla turystów?
Są miejsca noclegowe, ale tylko na lokalne potrzeby. Czasem nocowały tu jakieś klasy szkolne, jedną czy dwie noce. I to w sumie tyle.

Pytanie pozapiłkarskie: wiadomo coś nowego o mającym powstać tunelu drogowym Tórshavn-Toftir?
Podobno niedługo mają ruszyć prace. Według najnowszych planów tunel będzie się wynurzał nie w Tofcie, a w Runavík, obok pracy mojego taty.

Chciałbym Cię jeszcze zapytać o kwestię paszportu.

Skończyłem niedawno 18 lat i mam podjąć samodzielną decyzję o obywatelstwie. Dostałem papiery, ale jeszcze ich nie wypełniłem. Myślę, że złożę w końcu podanie o duński paszport, bo w sumie może mi to wyjść tylko na dobre.

czwartek, 31 grudnia 2015

Świerki, cisy, daglezje - leśne enklawy Farojów

Úti í Grøv (Klaksvík)

Viðarlundin í Vági (Vágur)


Viðarlundin í Leirvík ("Limmulund", Leirvík)


Viðarlundin á Selatrað



Viðarlundin í Gundadali (Tórshavn)

Kładziemy się w zagłębieniu trawiastego zbocza – gdzieś obok pojedynczy żółty jaskier, dalej – niezapominajki, macierzanki, dzięgiel. Ostre, przejrzyste światło, które w pełni potrafią docenić tylko malarze. Spójrzmy w farerskie niebo: chmury przyjmują niekiedy niesamowite kształty. Płyną majestatycznie lub pędzą złowrogo, by owinąć mlecznym szalem wierzchołki gór.
Poniżej nagich szczytów faluje morze traw. Wiosną i latem zieleń jest wszechobecna. Ale i drzew przybywa: sadzi się sosny wydmowe, szwedzkie jarząby, modrzewie, topole kalifornijskie, świerki, cisy, daglezje. Na niewielkich plantacjach, odgrodzone od żarłocznych owiec kamiennym murem, dzielnie stawiają opór porywom wiatru. Igliwie pachnie tu jak nigdzie indziej nad Atlantykiem.

A czy Ty masz już swój ulubiony las na Wyspach Owczych?

niedziela, 29 listopada 2015

Zimowy duch kipieli i roykstovy


"Zimę na Wyspach Owczych cechują przede wszystkim silne sztormy, tak że przybój na zachodnim wybrzeżu wyspy wznosi się na wysokość wież i w swej nieposkromionej sile może odrywać skały o wadze wielu tysięcy funtów daleko w głąb lądu, co więcej, przelewać się przez całe wyspy, te najniższe, jak na przykład Nolsoy albo Koltur, wypełniając przestrzeń między domami zielonawą kipielą".


"W zimowej porze roku panuje wszędzie w osadach zwyczaj, że mieszkańcy gromadzą się w izbach na tak zwane wieczornice, i podczas pracy przy kołowrotkach i warsztatach tkackich słuchają sag i pieśni o bohaterach lub fragmentów z Pisma Świętego, opowieści i psalmów, jak również niekiedy tańczą przy wtórze wielowiekowych pieśni".

Fragmenty powieści Williama Heinesena "Wyspy dobrej nadziei". Tłumaczenie Andrzej M. Kołaczkowski.


[foto © FaroePhoto.com, Edith.J photography]

sobota, 31 października 2015

William Heinesen: rajskości wśród pustkowi

"Kamienista, morenowa ziemia wkoło Tórshavn słynie z ubóstwa. Potrzeba było wieloletnich wysiłków, pracy w pocie czoła, a często nawet utraty zdrowia, aby to jałowe, pokryte wrzosowiskami pustkowie przez przekopywanie i nawożenie użyźnić na tyle, aby dawało paszę dla jednej krowy i ewentualnie na dodatek dorzuciło kilka ziemniaków. Lecz taki uprawiony i opłotowany kawałek ziemi - nazywano to zagrodą - bywał na wiosnę naprawdę czymś pięknym dla oka, kiedy między pokrytymi mchem i porostami blokami skalnymi zieleniła się trawa, a wśród niej kwitły całe wyspy białych i różowych stokrotek, kiedy rowy i brzegi strumyków rozsiewały wkoło siebie olśniewające dukaty kaczeńców. Później gęsta trawa strzelała wzwyż, zdobiła się w pierzaste, perłowo opalizujące kity - znak na rozpoczęcie sianokosów - całe miasto tonęło w słodkawej woni płynącej z tysięcy kopek siana i małych stogów. O, tak, coś naprawdę rajskiego owiewało te zagrody, te kwitnące oazy wśród górzystego pustkowia wrzosowisk i kamieni, będącego głównym tłem tutejszego krajobrazu, zaś posiadacz takiej zagrody w zamian za swoją harówkę dostawał naprawdę coś więcej oprócz ziemniaków i mleka - otrzymywał w darze uznanie przyrody, odwdzięczającej mu się bogactwem orzeźwiających aromatów, kolorów i zachwycającym śpiewem ptaków.
Właściciel takiej zagrody kochał ją i strzegł jak bezlitosny cherubin. Spotkanie z nim było na pewno bardzo nieprzyjemne dla kogoś, kto w okresie, kiedy trawa rosła i wymagała spokoju, nieopatrznie ważyłby się wejść na jego grunt. Znane są liczne przykłady, że w takich okolicznościach nawet łagodni właściciele zagród potrafili zamienić się w gryzące wilki. Beelzemann nie był, rzecz jasna, wyjątkiem w tym względzie. Wprawdzie nie posługiwał się ani językiem ani nie posuwał się do rękoczynów; szacunek dla swojej własności zapewniał sobie w zupełnej ciszy, przy pomocy swoich psów, dwóch rosłych i dobrze wytresowanych okazów, z których jeden wabił się Bierz, a drugi Skok. Przed krukami, wronami i natrętnymi mewami bronił się dubeltówką, tak samo przed zdziczałymi kotami i obcymi psami".

Fragment opowiadania "Beelzemann" Williama Heinesena, ze zbioru "Zaczarowane światło", tłumaczenie Maria Kłos-Gwizdalska.

środa, 30 września 2015

Linia promowa nr 58 Hvannasund - Fugloy

Prom przypływa najpierw na Svínoy. Zarządca czeka już przy nabrzeżu i razem z pomocnikiem szypra wyładowują przesyłki. Trzy osoby, które wysiadły, wciąż stoją na kei i rozmawiają. Wszyscy pójdą zaraz w górę osady, ale czekają jeszcze aż prom zacznie odbijać od brzegu i silnik zagłuszy ich słowa.
Kirkja to ostatni przystanek na trasie, ale rytuały są te same. Ktoś łapie cumę, inny podaje paczkę, beznamiętna wymiana zdań. Tych kilka minut krzątaniny, zanim wszyscy załatwią co swoje, łajba pokołysze w szary fiord i na przystani znów zrobi się cicho.


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wybory do parlamentu Wysp Owczych 2015

Kinga Eysturland:
"Już w najbliższy wtorek na Wyspach Owczych odbędą się wybory parlamentarne do farerskiego Løgtingu. Najstarszy parlament świata liczy sobie 33 posłów, zaś o przysłowiowe "stołki" walczy aż 7 partii politycznych, z których 4 opowiadają się na niepodległością Wysp Owczych, dwie za pozostaniem w unii z Danią, zaś jedna zachowuje w tej kwestii neutralność.
Kampania wyborcza sięgnęła zenitu - na całym archipelagu systematycznie odbywają się debaty, panele dyskusyjne i spotkania z wyborcami. Niektóre partie prowadzą kampanię w iście amerykańskim stylu, rozdając hot dogi potencjalnym wyborcom oraz bombardując swoim logo partyjnym widniejącym na balonikach, ulotkach i innych gadżetach. Fólkaflokkurin próbowała starym sposobem dobrać się do serc wyborców przez ich żołądki, serwując przy swoim stoisku kanapki ze skerpikjøtem. Nastroje wyborcze są dynamiczne, zaś Farerczycy po raz kolejny udowadniają, że polityka - na równi z piłką nożną - stanowi główny temat zainteresowania społeczeństwa. Prognozy wyglądają obiecująco dla republikańskiego Tjóðveldi, które zdało test zaufania wyborców już w trakcie czerwcowych wyborów do duńskiego Folketingu. Mniej optymistycznie wygląda przyszłość aktualnie rządzącej partii - Sambandsflokkurin.
Szczególne powody do zmartwień ma urzędujący premier Kaj Leo Johannesen, który ostatniego roku nie może zaliczyć do udanych. Bohater "afery tunelowej", przy każdej możliwej okazji wykazujący się niewiedzą i ignorancją, najprawdopodobniej będzie musiał pożegnać się ze stanowiskiem szefa rządu.
W wyborach parlamentarnych mogą głosować wyłącznie osoby posiadające duńskie/farerskie obywatelstwo oraz adres zameldowania na Wyspach Owczych. Listy wyborcze oznaczane są literami alfabetu. Zagłosować można wyłącznie na jednego kandydata.
Największym problemem farerskiej demokracji jest wszechobecny nepotyzm i więzy krwi decydujące o politycznych wyborach. Może gdyby Farerczycy przestali bezkrytycznie głosować na krewnych, a bardziej skupili się na treści programów wyborczych, skład rządu w większym stopniu odzwierciedlałby rzeczywiste nastroje społeczne.
Farerskie programy wyborcze warto starannie przefiltrować, ponieważ tegoroczne obietnice polityków zaczynają krztusić się w oparach absurdu. Poza kwestią niepodległości, tematy oscylują wokół polityki rodzinnej, socjalnej, imigracyjnej oraz spraw podatkowych. Biorąc pod uwagę demografię Wysp Owczych i chęć podtrzymania sprawnie działającego well-fare state'u, archipelag zbankrutowałby już w pierwszym tygodniu realizacji tych śmiałych planów.
Jak więc widać, szklane domy i gruszki na wierzbie nie są tylko domeną polskich polityków. O tym czy długo wyczekiwana roszada na farerskiej scenie politycznej nastąpi, przekonamy się już w najbliższy wtorek. Przed nami ekscytujący wieczór wyborczy!".

środa, 26 sierpnia 2015

Vestmanna w kierunku Slættanes 14/03/2009


"Miejscowość opuszczono, zanim asfaltowe drogi stały się powszechnym dobrem zamieszkanych osiedli na Wyspach Owczych".


"W roku 1964, w związku z masowym odpływem ludności, urząd pocztowy w Slættanes został ostatecznie zamknięty".

W niedzielę było jak zawsze wolne od pracy. Należało obrać kierunek na zachód i wejść na wzgórza otaczające osadę. Z wysoka Vestmanna wyglądała jak nudny landszaft, popsuty szarzyzną i ładem. Dalej na zachód był płaskowyż i jakiś kwadrans wędrówki. Ruda ziemia i ptaki. I kamienie. A potem bochen kolejnego wzgórza, pustka i okruchy Slættanes.
Chmury ciągnęły na wschód. Jeszcze na płaskowyżu ucichły ptaki i spadł grad. Gdzieś w dole musiała majaczyć Vestmanna, wówczas nierealna jak wszystko poza ścianą mgły.

czwartek, 30 lipca 2015

Na wodnym szlaku między Gamlarætt i Sandoy

Chciałbym tam pojechać i odnaleźć tego szypra. Dowiedzieć się jak ma na imię i w której osadzie mieszka. Jeśli w Skopun, to może zna W. i mają jakieś wspólne sprawy. Tak, wielce prawdopodobne, że jest ze Skopun, bo przecież to tam dokuje nocą prom, którym pływa.
Zapytałbym go jaki najbardziej niesamowity widok z okien swojego kokpitu zapamiętał. I czy to w ogóle nazywa się kokpit? (i jak to jest po farersku?). Kiedy ostatnio zdarzyło mu się nie wypłynąć z portu i co się wtedy działo. I czy strach lepiej przeżywać w samotności.
Zdjęcie zamieścił u siebie Birgir Kruse. Jego autorem jest amerykański fotograf Andi Alexander.

środa, 24 czerwca 2015

Busem, helikopterem, promem - bez szans

--------------------------------------------------------
Elduvík.
19 zameldowanych mieszkańców.
7,4 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Funningsfjørður).
Półtorej godziny marszu.



--------------------------------------------------------
Gásadalur.
17 zameldowanych mieszkańców.
10 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Sørvágur).
2 godziny marszu.

 

---------------------------------------------------------
Skælingur.
16 zameldowanych mieszkańców.
Około 7 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Leynar).
Niespełna półtorej godziny marszu.



---------------------------------------------------------
Saksun.
10 zameldowanych mieszkańców.
11 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Hvalvík).
Ponad dwie godziny marszu.


[foto © Faroeislands.dk, Greengate.fo]