czwartek, 30 lipca 2015

Na wodnym szlaku między Gamlarætt i Sandoy

Chciałbym tam pojechać i odnaleźć tego szypra. Dowiedzieć się jak ma na imię i w której osadzie mieszka. Jeśli w Skopun, to może zna W. i mają jakieś wspólne sprawy. Tak, wielce prawdopodobne, że jest ze Skopun, bo przecież to tam dokuje nocą prom, którym pływa.
Zapytałbym go jaki najbardziej niesamowity widok z okien swojego kokpitu zapamiętał. I czy to w ogóle nazywa się kokpit? (i jak to jest po farersku?). Kiedy ostatnio zdarzyło mu się nie wypłynąć z portu i co się wtedy działo. I czy strach lepiej przeżywać w samotności.
Zdjęcie zamieścił u siebie Birgir Kruse. Jego autorem jest amerykański fotograf Andi Alexander.

środa, 24 czerwca 2015

Busem, helikopterem, promem - bez szans

--------------------------------------------------------
Elduvík.
19 zameldowanych mieszkańców.
7,4 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Funningsfjørður).
Półtorej godziny marszu.



--------------------------------------------------------
Gásadalur.
17 zameldowanych mieszkańców.
10 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Sørvágur).
2 godziny marszu.

 

---------------------------------------------------------
Skælingur.
16 zameldowanych mieszkańców.
Około 7 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Leynar).
Niespełna półtorej godziny marszu.



---------------------------------------------------------
Saksun.
10 zameldowanych mieszkańców.
11 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Hvalvík).
Ponad dwie godziny marszu.


[foto © Faroeislands.dk, Greengate.fo]

niedziela, 31 maja 2015

Polsko-farerski Hyde Park, część 4: Michał.

Nazywa się Michał Przybylski. Można określić go na wiele sposobów, ale dla aktualnych potrzeb napiszmy, że jest uczniem i piłkarzem.
– Przyjechałem na Wyspy Owcze w 2000 roku, jako trzylatek. Mieszkam tu do dziś – mówi o sobie. Rozmowa jest częścią wykluwającego się skromnie projektu „30 lat polskich futbolistów na Wyspach Owczych – opowieści 1987-2017”.




Michał,
przy Twoim imieniu i nazwisku na portalu FaroeSoccer.com widnieje flaga Wysp Owczych, co znaczy, że postrzegają Cię jak swojego. A gdyby chcieli powołać Cię do piłkarskiej reprezentacji? Spełniasz urzędowe kryteria?
Na razie nie, ponieważ
nie mam duńskiego paszportu. Będę mógł się o niego starać dopiero jak osiągnę pełnoletność. Żeby dostać paszport, trzeba mieszkać na Wyspach co najmniej 7 lat. Ja żyję tu już prawie 15.
Może zdarzyć się też tak, że od wakacji pojawi się możliwość posiadania podwójnego obywatelstwa. Wówczas mógłbym mieć dwa paszporty: polski í duński. To powinno wystarczyć, żeby grać w młodzieżowej kadrze Wysp Owczych.

Ale czy Ty przypadkiem nie byłeś już powoływany w najmłodszych rocznikach?
Owszem, chyba jakoś w maju 2011 byłem na paru treningach farerskiej kadry do lat 15, ale ostatecznie okazałem się za słaby. Z kolei w 2014 roku zostałem powołany do reprezentacji Wysp Owczych do lat 17 na turniej w Norwegii, ale szybko okazało się, że nie będę mógł zagrać, ponieważ nie mam duńskiego paszportu. Trener, który mnie wybrał, nie wiedział, że oboje rodzice są z Polski. Nikt nie spodziewał się, że nie spełniam wymogów. Mieszkam tu od wczesnego dzieciństwa, trenerzy byli przekonani, że mam rodzinę z Wysp Owczych.

Łatwiej Ci rozmawiać po polsku czy po farersku?

Oba języki znam bardzo dobrze i w obu porozumiewam się bez problemu.


Twój tata, Tomasz, pojawił się na Wyspach na początku 1999 roku.
Jego przyjazd również miał związek z piłką nożną. Dostał kontrakt w klubie ÍF Fuglafjørður i spędził tam trzy sezony. Później przeprowadziliśmy się do Toftir, tato grał najpierw w LÍF Leirvík, a następnie, aż do końca kariery, w klubie z naszej osady, B68.


Ile miałeś lat jak zacząłeś trenować? To był pomysł taty?

Raczej sam chciałem, bo biegam za piłką odkąd pamiętam. Chodziłem do przedszkola przy stadionie Svangaskarð, więc siłą rzeczy byłem na boisku po kilka godzin dziennie. Zacząłem trenować w B68 jako siedmiolatek.


Gdzie się uczysz?
W Handilsskúla, czyli czymś na wzór szkoły biznesowej. Właśnie kończę pierwszy rok, zostały mi jeszcze dwa. Szkoła jest w Kambsdalur – od domu rano busem 30 minut, z powrotem nawet do godziny.


Zostańmy na razie przy wątku futbolowym. Rok temu, w czerwcu 2014, zaliczyłeś debiut w ekstraklasie Wysp Owczych. Grasz dla zespołu NSÍ Runavík.

Występuję przede wszystkim w drużynie rezerw oraz w zespole do lat 18. W zeszłym roku w ekstraklasie pojawiłem się epizodycznie trzy razy, w tym sezonie – jak dotąd – raz. Zarówno w juniorach, jak i w rezerwach gram na środku pomocy.



Twoim trenerem jest człowiek, którego można chyba określić mianem legendy. Jens Martin Knudsen, były bramkarz reprezentacji Wysp Owczych, kojarzony przez ludzi spoza archipelagu jako gość w czapce z pomponem.
Jens Martin to świetny, wyluzowany facet. Często dzieli się z nami historyjkami z czasów, gdy sam grał w piłkę. Jest zawsze bardzo dobrze przygotowany do meczów – zna drużynę przeciwną i z łatwością określa jej mocne i słabe strony. W czasie przerwy zdarza mu się mówić nam jaki przebieg będzie miała druga połowa. I – co dziwne – zwykle jego słowa sprawdzają się co do joty.


Pokusisz się o boiskową analizę samego siebie?

Mam 181-182 cm wzrostu, ważę 68 kg. Jako środkowy pomocnik powinienem wspierać zarówno atak jak i obronę, niestety czasami za bardzo myślę o atakowaniu i zapominam o obowiązkach w defensywie. To moja pięta achillesowa. Druga to warunki fizyczne. W wieku juniora to często poważny problem. Bywa on u mnie szczególnie widoczny w meczach rezerw.


A zalety?

Na pewno podania – za obronę przeciwnika, na skrzydła, prostopadłe. To chyba moje atuty. I może też boiskowy spryt.


W zeszłym roku rozegrałeś w sumie 44 oficjalne mecze. W tym już 20, co biorąc pod uwagę krótki sezon piłkarski na Wyspach, daje jakąś kosmiczną średnią. Jak wygląda Twój przeciętny sportowy tydzień?

W poniedziałki gram zwykle w meczach juniorów. Pierwsza drużyna NSÍ ma przeważnie trening regeneracyjny po niedzielnej kolejce. We wtorki są zaplanowane półtoragodzinne zajęcia. Środa jest prawie zawsze dniem wolnym. W czwartki trening około 80 minut. W piątki pierwsza drużyna ma zajęcia, a my młodzi różnie, bo w soboty gramy zwykle mecz w rezerwach. Czasem mamy więc krótki trening, a czasem wolne.


Na treningi dojeżdżasz z Toftir, gdzie ma siedzibę Twój macierzysty klub B68. Stadiony NSÍ i B68 są po sąsiedzku – dzieli je tylko wielka góra. Oba kluby rywalizują ze sobą, mecze między tymi drużynami można chyba określić mianem derbów. Opowiadał mi kiedyś znajomy, który grał dawniej w NSÍ, a dziś jest nauczycielem w Tórshavn, że któregoś roku, jak B68 spadało z I ligi, to w Runavík puścili z tej okazji w niebo petardy – żeby u B68 było je widać i ich zdenerwować.
Czy ktoś z Toftir miał kiedykolwiek do Ciebie pretensje, że poszedłeś do „odwiecznego rywala”?
To prawda, że te dwie drużyny bardzo się nie lubią. Historia z petardami jest prawdziwa.
Wiem jak to wygląda z obu stron i raczej jest tak, że to B68 bardziej nie lubi NSÍ niż odwrotnie. Dla B68 zawsze najważniejsze było wygrać z NSÍ, a dla tych drugich to nigdy nie był cel numer jeden.
Ludzie z B68 mieli i chyba cały czas mają do mnie pretensje, ze przeszedłem do Runavík. Może nie tyle, że poszedłem tam w 2013 roku, bo wtedy w B68 nie było drużyny juniorskiej i nie miałem gdzie grać, ale bardziej pamiętają mi to, że nie wróciłem do Toftir rok później. Mieliśmy wówczas zebranie z zarządem B68 i trenerzy chcieli mnie i kilku kumpli z powrotem. Trener pierwszego zespołu obiecywał mi treningi z pierwszą drużyną i minuty w Effodeildin. Sugerowali mi, że jestem za słaby do NSÍ. Odmówiłem im i kilka miesięcy później zadebiutowałem w ekstraklasie w barwach NSÍ, w meczu przeciwko B68. Ludzie z ich zarządu i trenerzy przez kilka miesięcy nie mówili mi „cześć” w sklepie i na ulicy. Dochodziły do mnie jakieś dziwne komentarze.
Teraz chyba już im przeszło i wiedzą, że nic nie wskórają. Ale też chyba cały czas liczą, że jeszcze zmienię zdanie i znów będę grał dla ich klubu.


Czy zdarza się, że te animozje przekładają się na kibiców obu drużyn?

Wydaje mi się, że na Wyspach Owczych nigdy nie było bijatyki między fanami rywalizujących drużyn. I myślę, że chyba nie będzie.


Których piłkarzy uważasz za najlepszych w Effodeildin?

Jednym z najlepszych zawodników, a na pewno najlepszym napastnikiem jest Klæmint Andrasson Olsen z NSÍ. Był królem strzelców w 2013 i 2014 roku, i teraz też jest liderem. Inne zespoły wiedzą, że nie można go zostawić bez obrońcy, bo nawet jak gra słaby mecz, to i tak wystarczy mu jedno przypadkowe dośrodkowanie, i będzie potrafił coś z niego zrobić. Klæmint to absolutnie najlepiej grający głową zawodnik na Wyspach. Mam to szczęście, że trenuję z nim prawie codziennie i znam go nieco lepiej niż rywale. To prawdziwy kapitan i lider drużyny. Gra w NSÍ przez całe życie.

Na pewno świetnym zawodnikiem jest też Łukasz Cieślewicz z B36. Był trzykrotnie nominowany do tytułu najlepszego zawodnika sezonu, wybrano go najlepszym graczem na Wyspach w 2011 roku. To jest piłkarz, który jak nie strzela, to asystuje i na pewno jego gra ma bardzo pozytywny wpływ na zespół B36. Bez niego pewnie nie byliby tak wysoko w lidze w ostatnich sezonach.

Ty i Łukasz reprezentujecie nową generację. Wcześniej na Wyspach Owczych grali Wasi ojcowie – Tomasz Przybylski i Robert Cieślewicz. Jak bardzo zmieniła się farerska piłka?

Po rozmowach z tatą sądzę, że poprawiło się wyszkolenie techniczne zawodników oraz system szkolenia – teraz prawie wszystkie kluby wymagają od trenerów licencji co najmniej B1, nawet w najmłodszych rocznikach (U-10). Jest też o niebo lepsza infrastruktura – większość klubów ma obecnie nowe boiska ze sztuczną murawą. Na lato 2015 na trzech stadionach planowane jest położenie muraw najnowszej generacji.

Gdzie konkretnie?

W Fuglafjørður, Streymnes i na Gundadalur w Tórshavn.



Jak scharakteryzowałbyś bazę klubową Twojego NSÍ?

Latem zeszłego roku wybudowali nam dwie nowe hale: jedną do futsalu i gier zespołowych, a drugą do gimnastyki, z nową siłownią. Teraz zimą były wyjątkowo złe warunki do trenowania i te hale okazały się bezcenne. Ćwiczyliśmy tam motorykę i technikę, organizowane były turnieje. Mieliśmy zdecydowanie bardziej komfortowe warunki niż inne zespoły.
Z nowej siłowni możemy korzystać o każdej porze dnia i nocy. Mamy do dyspozycji wszystkie przyrządy gimnastyczne. Dla pierwszego zespołu są nowe szatnie, gdzie każdy zawodnik ma swoje indywidualne miejsce. Brakuje tylko domu klubowego z prawdziwego zdarzenia, ale są w okolicy dwie lokalizacje, gdzie odbywają się wszystkie ważne imprezy związane z życiem klubowym NSÍ.

[ciąg dalszy nastąpi...]

środa, 22 kwietnia 2015

Alicja w krainie czarów vol. 2: Zaćmienie

Ponownie oddajemy głos Alicji, niestrudzonej eksploratorce Wysp Owczych, która miałaby swoją stałą rubrykę na portalu MojeFaroje.pl, gdyby takowy istniał. Tym razem Alicja odwiedziła archipelag przy okazji marcowego zaćmienia słońca.


Chęci, by pojechać na Wyspy Owcze o porze roku innej niż lato, miałam już od dłuższego czasu. Całkowite zaćmienie słońca, widoczne z lądu tylko z dwóch miejsc na Ziemi, było ku temu doskonałym pretekstem. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w marcowe popołudnie, gdy lądowałam na Vágar, był brak zieleni. Zima nie do końca ustąpiła: trawa była pożółkła, a szczyty gór pokrywał śnieg. Pogoda nie odbiegała od normy, temperatura kilka stopni niższa niż latem, tylko krople deszczu wydawały się bardziej gęste.
W drodze do Funningur, gdzie planowałam zatrzymać się u znajomego, mieliśmy okazję zobaczyć spore stado ostrygojadów – narodowych ptaków Wysp Owczych. Ich pojawienie się uznawane jest tam za początek wiosny.


Nie tylko pod tym względem dobrze wstrzeliłam się czasowo. Miesiąc przed przyjazdem dowiedziałam się, że dzień po moim przybyciu odbędzie się impreza Faroese Music Awards. Oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji i po szybkim kupnie biletów, udałam się wraz ze znajomym do Domu Nordyckiego w Tórshavn. Rozdanie nagród urozmaicone było występami całego przekroju farerskich artystów – pojawili się tam tacy wykonawcy jak Greta Svabo Bech, Týr, Hallelujah Sofus czy słynny założyciel wytwórni Tutl – Kristian Blak, wraz ze swoim zespołem Yggdrasil. Plebiscyt okazał się szczęśliwy dla zespołu AVE – gitarzysta Benjamin Petersen wrócił do domu z trzema nagrodami.
Wieczór dobiegał końca, ale dla nas emocje się jeszcze nie zakończyły. Najpierw w drodze powrotnej zostaliśmy zatrzymani przez policję przyczajoną w Norðskálatunnilin, następnie około pierwszej w nocy utknęliśmy na stacji benzynowej w Skálafjørður, gdy okazało się, że maszyna nie czyta żadnej z naszych kart płatniczych. Wokół nie było żywej duszy...
Dni do zaćmienia spędziłam na eksplorowaniu Wysp. Prognoza pogody nie zapowiadała się zbyt dobrze. Jednym z moich celów, poza zaliczeniem każdej z osiemnastu wysp (zostały mi dwie najbardziej niedostępne – Lítla Dímun i Stóra Dímun), było przejechanie wszystkich dziewiętnastu tuneli znajdujących się na archipelagu. Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że pozostał mi tylko jeden – 220-metrowy Teymur í Djúpadal na wyspie Kalsoy, prowadzący do niezamieszkanej doliny. Dowiedziałam się wcześniej, że tunel ten odchodzi od jednego z czterech znajdujących się na głównej drodze. Zaczęłam się za nim rozglądać już w drodze do Trøllanes – najdalszej z wiosek na Kalsoy. Nic. W drodze do Mikladalur – też nic. Zeszliśmy nad wodę obejrzeć odsłoniętą latem rzeźbę Kopakonan (kobieta-foka, z którą wiąże się ponura legenda, pojawiąjąca się w folklorze kilku narodów), a następnie powróciliśmy do poszukiwania tunelu.
Za trzecim razem udało nam się dostrzec ledwo widoczny, nieoświetlony i nieoznakowany (z wyjątkiem małej tabliczki informującej, że znajduje się tu wyjście awaryjne) zjazd. Na końcu, zgodnie z przewidywaniami, puste pole z ładnym widokiem na wyspę Kunoy. Wracając postanowiłam przez ten najkrótszy tunel na Wyspach przejść – tym samym zaliczając zarówno swoją pierwszą pieszą wycieczkę przez farerski tunel jak i dziewiętnasty „zdobyty” na swojej liście.


Zbliżający się dzień zaćmienia był odczuwalny. Turystów przybywało, prom Norröna służył czasowo jako pływający hotel, a w kilku portach stały zadokowane statki wycieczkowe. Oszałamiała również liczba wydarzeń mających miejsce w „zaćmieniowym tygodniu”. Dziesiątki koncertów, wystaw i wycieczek, wszystko dla tysięcy turystów, których się spodziewano. Jednym z ciekawszych wydarzeń było otwarcie wystawy znanego farerskiego artysty Edvarda Fuglø, który stworzył instalację zainspirowaną układem słonecznym – oczywiœście z ptasim elementem. Podczas otwarcia, w galerii handlowej SMS rozdawano darmowe plakaty i specjalne okulary do oglądania zaćmienia.


Piątkowego poranka 20 marca wszyscy wyczekiwali z niecierpliwością. W radiu i telewizji nie mówili o niczym innym, a ekscytacja sięgała zenitu. Wspięliśmy się na jedno ze wzgórz otaczających Funningur i czekaliśmy z gotowymi aparatami. Deszcz, chmury i jeszcze więcej deszczu. Nie za dobrze. Wszyscy zdążyliśmy przemoknąć, ale nadal nie byliśmy w stanie niczego dojrzeć. Sprawdzając godzinę wiedzieliśmy, że już się zaczęło i coś nas omija. Ostatecznie nie były nam potrzebne nawet specjalne okulary. Patrzyliśmy w kierunku, w którym wiedzieliśmy, że znajduje się słońce i widzieliśmy tylko chmury. Nadeszła 9:41 i zaczęło się całkowite zaćmienie. Na około dwie minuty zapadła całkowita ciemność – jedyna rzecz z całego zaćmienia, której rzeczywiście udało nam się doświadczyć. Chwilę później było już po wszystkim, a my przemoczeni wróciliśmy do domu. Od razu zaczęłam szukać relacji z innych miejsc. Lepszą widoczność mieli obserwatorzy w stolicy, a największymi szczęśliwcami okazali się ludzie na Vágar.
Przyjechawszy w piątkowy wieczór do Tórshavn, miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie do 29 lipca, na święto Farerczyków – Ólavsøkę. Brakowało jedynie wszechobecnych strojów narodowych. Tłumy ludzi przybyły do stolicy, by świętować, spotkać się z rodziną i odwiedzić główny plac miasteczka – Vaglið, gdzie trwały śpiewy i tańce. Był to świetne zwieńczenie całego wyjazdu.


Następnego dnia czekał mnie lot do Kopenhagi i już wiedziałam jak bardzo będzie mi brakować Wysp Owczych. Mimo niedoświadczenia niezwykłego fenomenu zaćmienia, nie żałowałam, a wyjazd jak zawsze należał do udanych. Dobrze wyszły na tym także Wyspy Owcze, które odwiedziła rekordowa liczba turystów, a w dniu zaćmienia na Vágar wylądowało 40 samolotów!
A ja jak zawsze wspominam i już czekam na następny wyjazd...


[fotografie © Alicja Wiśniewska]

wtorek, 31 marca 2015

Farerskie osobliwości przy okazji zaćmienia

Ponad osiem tysięcy turystów odwiedziło Wyspy Owcze na okoliczność całkowitego zaćmienia słońca, które można było obserwować z archipelagu w piątek 20 marca.
– Możemy być zadowoleni. W dni poprzedzające zaćmienie objawiły się wszystkie pory roku. Zmienna pogoda wzmocniła efekt zjawiska i nawet ci, którzy go nie zobaczyli przez zachmurzone niebo, przyznawali, że wizyta na Wyspach Owczych była dla nich niepowtarzalnym doświadczeniem – mówił Tórstein Christiansen z Visit Tórshavn.
Osiem tysięcy turystów jednego dnia to rekordowa liczba w dziejach archipelagu. To także największa liczba gości od czasów II wojny światowej, gdy na Wyspach Owczych zamieszkiwało prawie 10 tysięcy żołnierzy z Wielkiej Brytanii.
Piątek 20 marca przejdzie również do historii portu lotniczego na wyspie Vágar, który obsłużył tego dnia dokładnie 40 samolotów.

[na podstawie The Official Newsletter of the Invest in the Faroes and the Foreign Service of the Faroe Islands]

                 [foto © Birgir Kruse, Turið Vestergaard í Dali]

czwartek, 26 lutego 2015

"Barbara", Jørgen-Frantz Jacobsen, fragment

"Kiedy znaleźli się na dworze i spojrzeli w dół na wybrzeże, zobaczyli łódź podskakującą na falach. Ale w dali morze wydawało się spokojne, a słońce znów wyjrzało zza chmur. Pan Poul biegł co tchu po skałach. Całe osiedle było na nogach, wszyscy myśleli tylko o jednym, czy uda się pastorowi szczęśliwie wyjechać.
Na przystani Poul zbliżył się do łodzi. Kołysała się w odległości dwóch łokci od niego, trzeba było tylko zręcznie skoczyć. Poul wiedział, że wchodzi tu w grę jego szczęście, i serce podeszło mu do gardła. Łódź podpływała co chwila do lądu, lecz załoga musiała ją szybko cofać, by fala nie rozbiła jej o skalisty brzeg. Gdyby Poul miał choć trochę doświadczenia, może i potrafiłby od razu skoczyć. Otoczyli go dzielni mieszkańcy Mykines i wszelkimi sposobami chcieli mu pomóc. Wołali do załogi w łodzi, że przerzucą pastora, jeśli tamci potrafią go złapać. Ale było już za późno. Gwałtowny huk fal uderzających o skały stłumił ludzkie głosy. Nadchodził przypływ.
Jeszcze raz łódź z Sørvágur próbowała się przybliżyć. Ludzie okazali pastorowi tyle dobrej woli, ale wszystko nadaremnie.


Wtedy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Jeden z mężczyzn, gorliwie krzyczący i dający znaki, pośliznął się na kamieniu i wpadł do wody. W mgnieniu oka jednak wyłowiono go i wyciągnięto na ląd przemoczonego do nitki. Był to Hanus Elias.
Zakrystian zwymyślał go ostro:
- Dobrze ci tak! Wszystko przez ciebie, ty złowróżbny ptaku! Nigdy nie robisz jak inni! Idź do domu, wstyd nam za ciebie. Zobacz, ile narobiłeś biedy!
Zawstydzony, ociekający wodą, poszedł Hanus Elias do domu. Myślał: "Ja narobiłem biedy? Ja? Że pastor musiał zostać w Mykines? A czy to taka wielka przykrość? W dodatku kiedy może gościć sobie u zakrystiana? I to w Boże Narodzenie".
Pastor zaś stał jak sparaliżowany. Ze ściśniętym sercem patrzył na odpływającą łódź. Gdy oddaliła się trochę od brzegu, postawiła żagle. Powoli znikała im z oczu.
- Tak - odezwał się któryś z mieszkańców Mykines - będą mieli pomyślny wiatr. (...)



(...) Jedenaście dni minęło, zanim wypogodziło się tak, że pastor mógł wyjechać z Mykines. Zrobiło się teraz tak pięknie, niemal jak w lecie. Szeroka cieśnina między Mykines i
Vágar iskrzyła się w słońcu, łódź mknęła na falach z pomyślnym prądem. Fiord Sørvág leżał spokojny jak jezioro. Skały przybrzeżne odbijały się w nim niby w lustrze".

Fragment powieści
"Barbara", Jørgen-Frantz Jacobsen, tłumaczenie z duńskiego Maria Kelles-Krauz, Wydawnictwo Poznańskie 1967.


[foto
© Føroya Fornminnissavn, Brian Yates, mykines.info]

wtorek, 20 stycznia 2015

Załamanie pogody, prosimy zostać w domach

15 stycznia 2015, czwartek.
Dzień, w którym Farerowie fotografowali burzę śnieżną.
 
[foto © Anna Petersen, Janus Hansen, Kathrina Joensen, Eystein, Margreth Dalsenni, Beinir Justinussen, Páll Poulsen]

środa, 31 grudnia 2014

Letni Kurs Farerski czyli Alicja w krainie czarów


Ma na imię Alicja, prowadzi fanpejdż zespołu Týr i jak kilkoro z nas przejawia zdrowe objawy farerofilstwa. W wakacje 2014 została drugą polską absolwentką Letniego Instytutu Wysp Owczych. Zapytaliśmy Alicję o wrażenia z kursu.



– Eg eiti Alicja. Eg eri úr Póllandi – pierwsze słowa, które wypowiadam, siedząc w małej sali pełnej obcych ludzi. Jestem na nogach od 7 rano, na zewnątrz raptem kilkanaście stopni i deszczowo. Jest środek wakacji, a ja tkwię na zajęciach. Mimo to nie mogłabym być bardziej szczęśliwa. Fróðskaparsetur Føroya czyli Uniwersytet Wysp Owczych z siedzibą w Tórshavn organizuje wakacyjny kurs językowy dla obcokrajowców – trzy tygodnie gramatyki, słówek i wymowy, przeplatane zajęciami z muzyki, historii, literatury i polityki - wszystko co farerskie w pigułce.
Etap aplikacji był prosty – należało wypełnić raptem jeden formularz dostępny na stronie uniwersytetu. Wymogiem była też znajomość języka angielskiego, w którym prowadzone są wszystkie zajęcia.
Papiery złożyłam już w grudniu 2013 roku, gdy tylko ruszyły zapisy. Z niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Mail zwrotny przyszedł 31 marca 2014: „Dear Alicja, I am pleased to inform you that you are accepted to Faroese Summer Institute”. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Kurs wiąże się niestety z niemałymi kosztami – 6500 koron duńskich za całość (około 3700 zł). Do tego doliczyć trzeba wyżywienie i noclegi. Możliwe jest wynajęcie pokoju w prywatnym domu – uniwersytet pomaga wyszukać kwaterę zainteresowanym. Trzytygodniowy pobyt kosztuje 3500 DKK (2000 zł). Można ubiegać o dofinansowanie, tzw. „travel scholarship”, które warte jest 5000 DKK. Na nasze szczęście w budżecie uczelni znalazły się dodatkowe pieniądze, więc refundowano nam zakup podręcznika „Język farerski dla początkujących”. Uzyskaliśmy również dostęp do internetowego słownika wydawnictwa Sprotin.
Pięciotygodniowy pobyt na Wyspach Owczych wart jest jednak każdych pieniędzy. Nie mogąc oprzeć się pokusie – w końcu Ólavsøka jest tylko raz do roku – przyjechałam na Wyspy ponad tydzień przed rozpoczęciem kursu i zostałam przez kilka dni po jego zakończeniu. Siedząc w tamten deszczowy poranek i słuchając jak ludzie się przedstawiają, wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu. Byliśmy niewielką grupą – raptem 28 osób z piętnastu krajów. Przekrój był ciekawy – większość stanowili Niemcy, było kilka osób z USA, dwójka znajomych z Austrii oraz pojedynczy przedstawiciele innych narodowości: Szwed, Brytyjczyk, Brazylijczyk mieszkający na Islandii, Rosjanka, jedna dziewczyna z Panamy (mająca męża Farerczyka), jedna z Grenlandii. Była też Dunka, córka pewnego byłego premiera, która mając farerską matkę, i tym samym znając płynnie język, zapisała się na kurs by, jak sama stwierdziła, „poćwiczyć pisanie i podszkolić gramatykę”.
Na potrzeby zajęć językowych podzielono nas na dwie grupy. Osoby studiujące kierunki lingwistyczne oraz mające doświadczenie z językiem islandzkim lub staronordyckim trafiały do grupy zaawansowanej, pozostali do początkującej. Gdy my uczyliśmy się witać, liczyć i przedstawiać, druga grupa siedziała z nosami w książkach, omawiając skomplikowane zagadnienia gramatyczne. Program każdego dnia wyglądał podobnie: przed lunchem mieliśmy trzy godziny języka, następnie godzina lub dwie zajęć tematycznych. Uniwersytet zorganizował nam też kilka wypraw do muzeów, w tym do Galerii Sztuki Współczesnej (Listasavn) i oczywiście do Muzeum Narodowego. Jednak będąc w tak pięknym miejscu jak Wyspy Owcze, szkoda czasu na siedzenie w muzeach, więc największą radość przynosiły mi momenty, które mogłam spędzić na zewnątrz.



Jednym z największych plusów kursu była całodniowa wycieczka na Vágar – wyspę, na którą każdy zawitał ze względu na znajdujące się na niej lotnisko, ale mało kto miał okazję porządnie zwiedzić. Przywitani zostaliśmy przez przewodnika ubranego w dres i gumiaki, który dopiero co zszedł z naprawianego przez siebie dachu. Po zwiedzeniu kościoła w Sandavágur, ruszyliśmy do Muzeum II Wojny Światowej. Najlepsze było jednak dopiero przed nami. Od rana z niecierpliwością czekałam, aż dojedziemy do osady Gásadalur, uznawanej za jedną z najładniejszych na Wyspach. Trudno się z tym nie zgodzić – leżąca nad wodospadem malutka wioska rzeczywiście robi wrażenie.



W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Bøur, gdzie chętni mieli okazję skosztować zupę rybną. Ja w tym czasie udałam się na spacer wzdłuż plaży, obserwując niedaleką wysepkę Tindhólmur i zaprzyjaźniając się po drodze z lokalnym psem, który z powodu braku patyków aportował kamień. Muszę przyznać, że trochę martwi mnie stan uzębienia farerskich psów. 
Same zajęcia też wywarły na mnie duże wrażenie. Farerski jest bez wątpienia trudnym językiem, a trzy tygodnie to niewiele na naukę, ale nasza nauczycielka, Marjun Arge Simonsen, robiła wszystko, byśmy wynieśli z zajęć jak najwięcej. Poza przynoszeniem niezliczonych ilości materiałów, urozmaicała nam lekcje tańcem i muzyką. Nieraz łapaliśmy się za ręce i tańczyliśmy „sláið ring” – tradycyjny farerski taniec korowodowy, śpiewając „kvæði” (ballady). Wszystkim spodobały się też utwory Hanusa G. Johansena, lokalnego muzyka, które również mieliśmy okazję śpiewać. Na zajęciach nie zabrakło również farerskich reklam – choćby tej o profesjonalnej biedronce. Zajęcia tematyczne stanowiły dobrą okazją do poznania historii Wysp, ich polityki i kultury. Optymizmem napawało słuchanie o coraz lepiej rozwijającej się literaturze farerskiej, szczególnie o tytułach dla dzieci, których w ostatnich latach pojawia się na rynku coraz więcej. Warto dodać, że literatura farerska ma dość krótką historię – zasady współczesnej pisowni stworzył Venceslaus Ulricus Hammershaimb w 1846 roku.



Najbardziej jednak czekałam na zajęcia z wokalistą metalowego zespołu Týr, które dla takiego fana zespołu jak ja, były nie lada gratką. Heri Joensen przyjechał na zaproszenie uniwersytetu, na którym sam jest obecnie studentem, na kierunku język farerski i literatura. Opowiadał o zespole i procesie tworzenia utworów, których spora część inspirowana jest tradycyjnymi skandynawskimi balladami. Mogliśmy również dowiedzieć się co nieco o mitycznych farerskich postaciach takich jak Tróndur
í Gøtu czy Sigmundur Brestisson – bohaterach sagi o Farerczykach (Færeyinga Saga), którzy pojawiają się w utworach Týra.


Program kursu oceniam bardzo pozytywnie, choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o Wyspy Owcze i wszystko, co z nimi związane, nie posiadam za grosz obiektywizmu. Tam nawet droga na uniwersytet nie była monotonna. Jadąc codziennie czerwonym autobusem linii 3 z Hoyvík, mogłam obserwować z okien ocean i niedaleką wyspę Nólsoy – poza dniami kiedy mgła była tak gęsta, że ledwo widziałam na metr przed sobą. Czasami aż trudno było mi uwierzyć, że naprawdę tam jestem.
Weekendy wolne od zajęć spędzaliśmy na podróżowaniu. Zdążyliśmy wylądować na Sandoy, Skúvoy, Hestur i w kilku innych miejscach. Pewnego dnia, zamiast iść z grupą do akwarium, wskoczyłam z dwoma kolegami do helikoptera i polecieliśmy na Svínoy . Dzień ten stał się później znany jako ten, w którym zostawiliśmy Amerykanina na wyspie. Ale to już zupełnie inna historia...


[fotografie © Alicja Wiśniewska, Daniel Ross, Felix Tulač]  

środa, 26 listopada 2014

Farerski Dom Polonii Klaudii i Wojtka

Zaczęło się od wpisu Kingi na facebookowym fanpejdżu Polonia Farerska: „Szanowni! Kolejna rewelacyjna inicjatywa polonijna! Od dzisiaj w Syðrugøcie znajdziecie nieoficjalny "Dom Polonii". Mieszkają tam Klaudia i Wojtek – młodzi architekci, którzy pierwsze poważne kroki w zawodzie stawiają w miejscowym biurze Henning Larsen”.
Niedługo potem gruchnęła wiadomość, że Klaudia i Wojtek będą gospodarzami dwóch koncertów w ramach muzycznego festiwalu HOYMA. Impreza odbyła się 1 listopada. Kinga relacjonowała: „
Dom Polonii świetnie spełnił swoje zadanie i godnie ugościł zarówno publiczność, jak i artystów (ci mieli nawet swój VIP room!). Guðrið Hansdóttir zawróciła nam w głowach pięknymi balladami, zaś chłopaki z AVE dali takiego czadu, że gospodarze imprezy przez najbliższy miesiąc będą zbierać kasę na remont podłogi. Bilans festiwalu: 0 rannych, 0 zabitych, 0 zaginionych, więc chyba można mówić o organizacyjnym sukcesie pełną gębą”.
Gdy opadł koncertowy kurz, postanowiliśmy porozmawiać z Klaudią i Wojtkiem. Zgodzili się ochoczo. W ruch poszły klawiatury, dyskusja popłynęła wartkim nurtem.

                                                              Foto © Stephan-Lücke

Havnar.blogspot.com: Zanim zapytam Was o festiwal HOYMA, opowiedzcie proszę jak trafiliście na Wyspy Owcze.


Klaudia Borowiec: Przyjechaliśmy tutaj nieprzypadkowo. Jakiś czas temu na jednej z warszawskich konferencji architektonicznych poznałam
Ósbjørna Jacobsena, farerskiego architekta, który jest głównym projektantem słynnej islandzkiej sali koncertowej i centrum konferencyjnego Harpa. Ósbjørn opowiadał wtedy o Harpie i o małym oddziale swojego biura Henning Larsen na Wyspach Owczych. Możliwość odbywania praktyk w jednej z czołowych pracowni architektonicznych na świecie była na tyle kusząca, że zdecydowałam się przyjechać aż do Syðrugøty. Dodatkowo zaciągnęłam tutaj Wojtka, który prawie bez wahania zgodził się przeprowadzić na jakiś czas na Faroje. Sprowadziliśmy się na archipelag pod koniec sierpnia.

Wojtek Warchoł: Historia mojego zwerbowania jest dosyć ciekawa. Końcem lutego, a wczesnym rankiem, ze snu wyrwał mnie telefon od podekscytowanej Klaudii mówiącej, że jedziemy gdzieś na praktyki. Najpierw zapytała czy wiem gdzie są Wyspy Owcze, na co odpowiedziałem tylko zdziwionym mruknięciem. Hasło "Henning Larsen" też mi w tym stanie za wiele nie powiedziało. Ale jak dodała "Harpa" i "Nagroda Miesa van der Rohe", to się magicznie obudziłem. Zwłaszcza to ostatnie skłoniłoby mnie, żeby wysłać portfolio nawet do kraju zamieszkanego przez ludożerców, więc Wyspy Owcze nie wydawały się takie straszne. Trochę poczytałem na ich temat i nabrałem nieco obaw, zwłaszcza jeżeli chodzi o kuchnię. Ale przyjazd rozwiał wszystkie wątpliwości co do tego, że był to doskonały pomysł.

Praktyki w pracowni Henninga Larsena to część Waszej pracy nad dyplomem?

Klaudia:
Jesteśmy świeżo upieczonymi architektami. W tym roku obroniliśmy tytuły magistrów na Politechnice Krakowskiej. Byliśmy razem w grupie pilotażowej „Master degree in English”. Farerskie praktyki udało nam się załatwić jeszcze przed ukończeniem studiów.

Wojtek: Jak dowiedzieliśmy się dokąd jedziemy, to właściwie dyplom nie był już tak emocjonujący.

Opowiedzcie proszę o farerskim oddziale Henning Larsen Architects.

Wojtek i Klaudia:
Nasze biuro ma za zadanie zajmować się rejonem północnego Atlantyku, czyli głównie Islandią, Grenlandią i Wyspami Owczymi. W tym momencie HLA składa się z wielu oddziałów, przede wszystkim na rynku europejskim, ale też m.in. w Hongkongu i Arabii Saudyjskiej. Biuro na Wyspach Owczych powstało w momencie gdy nasz szef, Ósbjørn, zakończył pracę przy Harpie. Zaproponował wówczas, by założyć oddział w jego rodzinnej Syðrugøcie. Szefowie firmy uznali ten pomysł za słuszny.
Nasz oddział biura ma notabene dwie nazwy – HLA oraz lokalną, Ósbjørn Jacobsen Arkitektar, ponieważ w niektórych farerskich konkursach jest nie do pomyślenia, by projektował ktoś zza granicy. Trochę uzewnętrznia się tu delikatny miejscowy nacjonalizm. Ale nie czuć go jakoś przesadnie – jak na razie wszyscy poznani Farerczycy byli dla nas bardzo otwarci i mili.

Jakie dostaliście zadania w biurze?

Wojtek: Przez dwa i pół miesiąca jakie tu jesteśmy, pracowaliśmy nad koncepcją domu jednorodzinnego dla bogatego kolekcjonera sztuki, a także inwentaryzowaliśmy starą przetwórnię ryb. Większość praktykantów zajmuje się zazwyczaj nudną i żmudną robotą, np. rysują detale. My natomiast dostaliśmy pełną kontrolę nad projektami, a Ósbjørn tylko wskazał nam ogólny kierunek, którym mamy podążać. Nie ma dużej presji, więc można dość spokojnie tworzyć dobrą architekturę. Podoba mi się, że pracownia nie zostaje w tyle i już wdrożyła nowy standard pracy w programach BIMowych.

Co to takiego?

Wojtek: Ujmując rzecz możliwie krótko: jak wiadomo przed komputerami wszystkie projekty rysowało się ręcznie. Potem wraz z nimi przyszedł standard CAD (Computer Aided Design) – proces kreślenia został scyfryzowany, dzięki czemu znacznie podniesiono jego efektywność (choć cały czas było to kreślenie rysunków). BIM (Building Information Modeling) to następny krok, który polega na tym, że zamiast kreślić płaskie rysunki "buduje się" od razu trójwymiarowy budynek z elementów, które komputer logicznie rozumie jako "okno", "ściana", czy "strop". Dopiero na podstawie tego modelu komputer tworzy sam rysunki. Dodatkowo elementom można nadawać parametry czy właściwości, dzięki czemu łatwo np. zmienić rozmiar okien w całym budynku, tudzież w drugą stronę – otrzymać metraż wszystkich pomieszczeń. Zmiana z CAD na BIM następuje od kilku lat i większość studentów z naszego pokolenia jeszcze tkwi w starszym standardzie.

Wytypujecie swoje ulubione farerskie budynki?

Klaudia: Moimi faworytami są kościół Vesturkirkjan i Dom Nordycki w Tórshavn, nowa hala sportowa w Runavík, a także mała latarnia morska w Akrabergu na południowym krańcu Wysp i przepiękna osada Saksun, w której można zobaczyć typowo farerskie kamienne chatki z bujną trawą na dachu. Bardzo często sama architektura schodzi tutaj na drugi plan – ogrom natury jest momentami przytłaczający. Częściej zdarza nam się mówić o „naturze z architektura w tle”, niż o samych obiektach architektonicznych usytuowanych w konkretnym miejscu. Wszelkie rozwiązania architektoniczno-urbanistyczne są tutaj nierozłącznie związane z panującym na Wyspach klimatem, a regulacje prawne, z których część została zaadaptowana z Danii, są dostosowane do tutejszych warunków. Funkcja zdecydowanie odgrywa dominującą rolę, co oczywiście nie musi oznaczać mało interesującej formy, bynajmniej.

Wojtek: Mam podobne typy jak Klaudia. Spodobał mi się Dom Nordycki w Tórshavn. Nowoczesne centrum kultury z typowym dla tutejszej architektury trawiastym dachem. Ogromne wrażenie zrobił na mnie kościół Vesturkirkjan. Z centrum widać tylko ogromny, ciemny, ostrosłupiasty monolit. Pierwszy raz gdy go zobaczyłem, wrażenie było niesamowite i bardzo przejmujące. Ciekawa jest również nowa hala sportowa w Runavík. Fajna, rytmiczna elewacja, z dużym kontaktem z otoczeniem. I bardzo przyjemne i ciepłe wnętrze, mimo oszczędnych środków wyrazu.

                                                                 Foto © FaroePhoto.com, Erik Christensen

Jeżeli chodzi o farerski ład przestrzenny, to trzeba mieć do niego specyficzne podejście. Wszystko, co zostanie tu wybudowane, ginie w ogromie otaczającej natury. Niemniej prawo reguluje proporcje budynków w stosunku do wielkości i granic działki. W starszych częściach osad zabudowa jest dosyć gęsta, pewnie ze względu na szalejący wiatr. Natomiast nowsze części są bardziej rozłożyste, a same budynki większe. Wrażenie pomiędzy poszczególnymi miasteczkami nie jest jednolite. Często z Klaudią wymienialiśmy się komentarzami typu "teraz poczułem się jak w Anglii", "tu jest tak śródziemnomorsko", albo "domeczki trochę jak w Polsce". W ogóle tutejsze domki są bardzo ciekawe. Ten, w którym mieszkamy, ma dobre kilkadziesiąt lat i bardzo fajny parter, który w zasadzie jest czterema przechodnimi pomieszczeniami z przesuwnymi drzwiami. Sypialnie natomiast są mikroskopijne. Nowe domy mają ciekawy atrybut, który jest niemal nie do pomyślenia w Polsce, mianowicie część dzienna jest często na piętrze. Jest to spowodowane tym, że im wyżej, tym lepszy widok, ale też domy bywają budowane na zboczach gór i bezpośredni dostęp do nich jest łatwiejszy właśnie przez pierwsze piętro.

A architektoniczne potworki?

Wojtek:
Oczywiście, że można je tutaj znaleźć. One są wszędzie! Myślałem, że ucieknę na Wyspach od ukochanych betonowych lwów, czy gipsowych kolumn przed drzwiami, ale i tutaj mnie dopadły. Domki żywcem wyjęte z amerykańskich filmów familijnych z lat 80.? Jeden widać na szczycie wzgórza, gdy tylko popatrzę w lewo przez okno w biurze. Najohydniejszy z materiałów elewacyjnych – siding – też jest obecny. Tonacja barwna budynków – zupełnie inna niż w Polsce. I tu można się mocno spierać na ten temat. Czarne domy mi osobiście się bardzo podobają. Także kontrastowe zestawienia kolorystyczne, zamiast wszelkich odcieni pastelowej żółci, jak w Polsce. W naszej osadzie mamy jeden domek w kolorze najintensywniejszej ultramaryny oraz jeden fioletowy – oba mnie urzekły, ale poprzedni praktykanci ich nienawidzili.

Klaudia: W większości miejsc na świecie znajdą się takie kontrowersyjne obiekty czy motywy totalnie wyrwane z kontekstu. Ale to nie zawsze musi być wadą. W naszej osadzie jest np. ciekawe graffiti na jednej ze ścian opuszczonej ruiny, prawdopodobnie artystyczna pozostałość po G! Festival.
Odchodząc nieco od tematu architektury – ciekawe na Wyspach jest też to, że każde skupisko drzew, każdy ogrodzony park czy lasek wygląda trochę sztucznie i karykaturalnie. Jest to swego rodzaju „kopiuj-wklej” lasu z innego miejsca na świecie.


                                  Foto © Klaudia Borowiec

Wspomniałaś o G! Festivalu. Rok temu wypączkowała z niego kameralna impreza o nazwie HOYMA, czyli koncerty muzyczne przeniesione pod strzechy prywatnych domów. W tym sezonie zostaliście jednymi z gospodarzy. Jak do tego doszło?

Klaudia: O tej inicjatywie dowiedzieliśmy się od naszego znajomego Hansa, mieszkającego w Norðragøta. Hans powiedział nam o możliwości zorganizowania takiego kameralnego koncertu w naszej chatce. Nie wahaliśmy się ani minuty, na drugi dzień udaliśmy się do biura G! Festival, piętro nad naszą pracownią, żeby poznać szczegóły. To było jeszcze we wrześniu. Urzędujący akurat w biurze Sjúrður Justinussen nie krył zaskoczenia. Zapisał nasze imiona na jakiejś kartce (oczywiście byliśmy pierwsi) i dodał, że zwykle ludzie zgłaszają się trochę później.
Kilka tygodni po spotkaniu ze Sjúrðurem poznaliśmy Oluffę i Sigvor, menadżerkę Eivør, które również działają przy organizacji tego typu wydarzeń. Poinformowały nas, że niestety szansa przyznania nam koncertów jest znikoma, ponieważ gabaryty „Domu Polonii” nie są odpowiednie, by ugościć 80 osób jednocześnie.
Ale udało się! Gdy oficjalnie dowiedzieliśmy się, że będziemy jednak tegorocznymi hostami, postanowiliśmy „walczyć” o tych farerskich artystów, których najbardziej lubimy. Poprosiliśmy m.in. o
Guðrið Hansdóttir i Ave – i to właśnie oni zagrali w naszym domu. Chłopaki z Ave odwiedzili nas na dwie godziny przed rozpoczęciem imprezy i byli zaskoczeni, że przygotowaliśmy dla nich nawet mini-scenę z europalet, które wcześniej służyły nam jako ława w salonie. Stwierdzili, że wystrój, który zaproponowaliśmy, bardzo im odpowiada. Ich zdanie podzieliła Guðrið.


                            
Foto © Kristfríð Tyril / Momo

Jak się udała impreza?


Klaudia: Motywem przewodnim wieczoru była owca. Na piętrze umieściliśmy rzutnik, na którym wyświetlaliśmy filmy z owcami w rolach głównych. Nie brakowało świątecznych świecidełek i plakatów „wanted” z naszymi twarzami, jako poszukiwanymi za zabicie owcy. Wojtek namalował też sylwetę owcy białą kredą przed domem. Ponadto w naszym salonie, naprzeciw występujących artystów, został powieszony plakat z czerwonym napisem „kto zamordował moją owcę?”. W moim pokoju zorganizowaliśmy garderobę, do dziś mam na drzwiach zawieszony napis „VIP room”. Dzięki pomocy naszych polskich i farerskich znajomych, zdobyliśmy odpowiednią ilość dekoracji, jedzenia i krzeseł, choć i tak koniec końców niektórzy goście musieli siadać na podłodze. Byliśmy zaskoczeni popularnością jaką cieszyły się polskie kabanosy. Ludzie przychodzili zająć miejsca już godzinę przed rozpoczęciem koncertu.
Podczas występu
Guðrið było bardzo tłoczno, musieliśmy odmówić wejścia kilku grupom. Zarówno Guðrið, jak i Ave zagrali niesamowicie. Byli świetnie przygotowani, między utworami rozbawiali publiczność opowieściami i żartami. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego. Klimat jaki wytworzył się między artystami i słuchaczami był bardzo kameralny, wręcz intymny. Każdy, kto znał tekst, przyłączał się do śpiewania. Zabrzmi to pewnie przesadnie, ale odniosłam wrażenie jakbyśmy byli jedną wielką rodziną. Gdybym tylko mogła, z pewnością zorganizowałabym HOYMĘ jeszcze raz.


                                                  Foto © Kristfríð Tyril / Momo

Wstęp był płatny?


Wojtek:
HOYMA była biletowana i w dodatku liczba wejściówek była mocno ograniczona. Mogliśmy wybrać sobie sami dwie osoby, które zajmowały się sprawdzaniem biletów w naszym domu i rzecz jasna te osoby miały wstęp wolny. Aczkolwiek zbyt nachalni ze sprawdzaniem nie byliśmy, licząc na uczciwość miejscowych. I się nie przeliczyliśmy! Piwo sprzedawaliśmy na zasadzie "tu stoi napój, a tu jest kubeczek na opłaty". I dawali znacznie hojniej, niż sugerował cennik!

Mieliście okazję porozmawiać z Guðrið lub chłopakami z Ave?

Wojtek: Prywatnie to bardzo sympatyczni ludzie. Po koncertach podchodziłem do nich, pytałem czy chcą piwka i wszyscy chętnie zgadzali się z nami posiedzieć, zanim zacznie się kolejny koncert. Guðrið sama zaproponowała, że doda nas na facebooku. Powiedziała też, że mamy się odezwać, jak będziemy w Tórshavn, to poimprezujemy. Obiecała również odezwać się przy okazji podróży do Polski. Następna HOYMA zapowiada się więc u Klaudii. Oczywiście były też obowiązkowe autografy i selfiki.

Klaudia: Dodam, że jeszcze zanim przydzielono nam konkretnych artystów, walczyliśmy, by w „Domu Polonii” wystąpiła Greta Svabo Bech. Widzieliśmy wcześniej w Fuglafjørdzie jej solowe wystąpienie, które powaliło nas na kolana. W końcu Greta wystąpiła u naszego sąsiada, Arniego, który dysponował fortepianem niezbędnym podczas jej koncertów.
Odkąd przyjechaliśmy, odnoszę częste wrażenie, że Faroje zajmują się masową produkcją wybitnych talentów. Jestem zaskoczona jak wielu dobrych muzyków gromadzą Wyspy Owcze. Mówiąc „dobrzy muzycy” mam na myśli osoby wyjątkowo uzdolnione, posiadające duże umiejętności wokalno-sceniczne, grające na wielu instrumentach, nawet tych wykonanych własnoręcznie, tylko na potrzeby konkretnego utworu. Moimi ulubieńcami są bez dwóch zdań Eivør Pálsdóttir (międzynarodowa gwiazda z naszej osady), Høgni, Marius Ziska (który często jest naszym „backgroundem” podczas wypraw samochodowych) oraz wspomniani już Guðrið, Ave i Greta. Interesującym artystą jest też Heiðrik á Heygum – reżyser bardzo ciekawych klipów, ostatnio m.in. „Í tínum eygum” dla zespołu Byrta, czy „True Love” dla Eivør.
Ponadto zadziwiają mnie zdolności lingwistyczne Farerów. Wielu z nich zna bardzo dobrze przynajmniej dwa obce języki obce.

                                                            Foto © Wojtek Warchoł

Jak wygląda w Waszej okolicy oferta kulturalna na co dzień? Co znajduje się w sąsiedztwie i z czego można korzystać w wolnym czasie?

Klaudia: W miarę możliwości staramy się śledzić wydarzenia kulturalne w Syðrugøcie. Miejscowi często podpowiadają nam, który koncert może być interesujący albo które miejsce jest warte odwiedzenia. Obecnie jesteśmy weekendowymi turystami. W listopadzie zmrok zapada tutaj dość szybko – chwilę po 16 jest już kompletnie ciemno. Dlatego jedną z naszych rozrywek po pracy jest rozglądanie się za zorzą polarną.
W naszej osadzie mamy najlepszą saunę i hot-poty – drewniane balie z gorącą wodą. Jest tutaj również budynek po fabryce Tøting (firma produkująca swetry z wełny owczej), w którym mniej więcej co dwa tygodnie odbywają się koncerty. Najbliższy sklep znajduje się 3-4 km od naszego domku, podobnie stacja benzynowa i warsztat samochodowy. Nad naszą pracownią, jak już wspominaliśmy, jest całoroczne biuro G! Festival, gdzie zwykle jesteśmy częstowani przepysznym ciastem i kawą. O ile się nie mylę w „środkowej” Gøcie działa szkoła i przedszkole. Ponadto w Lervík mamy basen! W wolnym czasie łowimy ryby.
Warto też wspomnieć o aktywistach Sea Shepherd, nałogowo odwiedzających Syðrugøtę w okresie letnim. W tym roku byli oni świetną rozrywką dla nas i dla lokalsów.

Farerscy internauci bardzo emocjonalnie reagowali na ich akcje.

Wojtek: Po naszym przyjeździe zdarzyły się dwa incydenty. Raz Shepherdzi postanowili siłowo przeszkodzić w odbywającym się na morzu grindzie, co jest przez tutejsze prawo zakazane. Sprawa wylądowała w sądzie. Natomiast ciekawszy był przypadek kiedy grind odbył się na plaży obok której... stał zaparkowany samochód "SS", a jego członkowie smacznie sobie spali. Tyle na temat ich skuteczności. A na temat ich uczciwości: W relacjach Sea Shepherd z tego wydarzenia "zapomniano" wspomnieć o śpiochach.

Jaki macie stosunek do farerskich polowań na grindwale?


Wojtek: Raczej ambiwalentny. W naszym domku wiszą dwa zdjęcia z grindu, zrobione jeszcze przez naszych poprzedników, także od pierwszego dnia jesteśmy świadomi zjawiska. Mój wujek rekreacyjne poluje, więc nie mam nic przeciwko zabijaniu dzikich zwierząt – tak długo, jak długo nikt się nad nimi celowo nie znęca. Nic nie zastąpi mi smaku dziczyzny i Farerzy mają pewnie tak samo z wielorybem. Ktoś tutaj powiedział nam, że zaledwie około 20% miejscowych jest przeciwko grindowi, więc w mojej opinii te wizyty aktywistów z zagranicy, pouczających, że kilkusetletnią tradycję należy porzucić, bo komuś się ona nie podoba, są niewłaściwe. Abstrahując już, że cały Sea Shepherd to jedna wielka szopka, na której kilka osób robi pieniądze, a banda studenciaków korzysta z tego, że może sobie pojechać gdzieś na wakacje i potem chwalić się, że robiła coś szlachetnego (choć nie wątpię, że i tutaj znajdziemy prawdziwych idealistów).
Nie mieliśmy z Klaudią okazji widzieć grindu na własne oczy, ponieważ dzieją się one spontanicznie, kiedy tylko grupa wielorybów podpłynie za blisko brzegu. Mieliśmy za to okazję próbować suszonego i pieczonego wieloryba. Jeżeli ktoś był za młodu raczony tranem w syropie, to jest to dla niego smak dzieciństwa...


Co Wam się nie podoba na Wyspach Owczych?

Wojtek: Najbardziej irytuje mnie to, że choć widzę farmę łososiową przez swoje okno, to w sklepie mogę kupić tylko łososia mrożonego albo wędzonego... z Norwegii. A myślałem, że będzie go tu tyle, że wrócę do Polski jako sushi master. Trudne jest też dla nas (zwłaszcza dla mnie, jako osoby wierzącej w ludzką wolność i rozum) jak ciężko kupić tutaj alkohol. W normalnych sklepach jest dostępne tylko słabiutkie – jak to określa Polonia farerska – „piwo młodzieżowe”. Pełny asortyment jest w bodaj tylko sześciu sklepach na całym archipelagu, otwartych wtedy, kiedy większość ludzi przebywa akurat w pracy. W weekendy oczywiście są otwarte jeszcze krócej.
Inny problem to odległości. Transport publiczny jest, ale autobusy nie jeżdżą za często, więc bez samochodu bywa trudno (przy okazji – chcieliśmy serdecznie podziękować Kindze za pożyczenie auta!). Na stopa można sobie poradzić, przemieszczać się do większych miejscowości – o ile wiatr nas nie zdmuchnie z drogi.
Klaudii brakuje jeszcze jakiegoś odpowiednika serka wiejskiego. Jak już zostało powiedziane – miejscowi pokochali polskie kabanosy. Za to na wspomnienie o tym, że mamy ser owczy, patrzą na nas jakoś dziwnie i nie chcą go ruszać – chyba że się go podgrilluje i poda z żurawiną.

Klaudia: Z alkoholem i tak nie mamy najgorzej. Jeszcze kilka lat temu Farerczycy chcąc kupić jakikolwiek napój procentowy musieli zamawiać go... na poczcie. Przesyłkę dostarczano z Danii statkiem.

                                                                      Foto © Wojtek Warchoł

Czego będzie Wam brakowało, gdy po praktykach opuścicie Wyspy?


Klaudia: Na pewno będę tęskniła za poczuciem bezpieczeństwa – na Wyspach nie trzeba zamykać drzwi wejściowych do domu. Zatęsknię za kameralnymi koncertami, cudownymi i otwartymi ludźmi, którzy jeszcze nigdy nie odmówili nam pomocy. Nigdy nie zapomnę naszych pieszych, samochodowych i autostopowych wypraw, szalonych przejazdów przez jednojezdniowe tunele, jedzenia kanapek nożem i widelcem podczas przerwy lunchowej w biurze. Ale najbardziej będzie mi brakowało możliwości usłyszenia szumu morza codziennie o poranku, no i wyrywającej ze snu swoim beczeniem naszej ogrodowej owieczki...

czwartek, 30 października 2014

Pocztówki z włóczęgi ponad dachami

                                         Flog Myndir.
                        Obnażone zaułki i przepierzenia.
                     Błękit kontenera i betonowa symetria.

                           Tajemnice fuglaperspektivið.

środa, 24 września 2014

Czternaście zwyczajnych słów na dobranoc

„To był dzień, który się skończył
i wyczerpał i nie mieszka już
w żadnych tekstach źródłowych”

© Kristín Svava Tómasdóttir w ramach Ort-project.eu. Tłumaczenie Olga Hołownia.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dzień Filmu Polskiego na Wyspach Owczych

„Dzień Filmu Polskiego na Wyspach Owczych” – tak nazywa się impreza, która odbędzie się w sobotę 30 sierpnia w stolicy archipelagu, Tórshavn. Zorganizowała ją grupka Polaków zafascynowanych farerską kulturą, działająca na linii Polska – Wyspy Owcze pod nazwą Projekt Føroyar. Wspiera ich Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej w Kopenhadze. – Impreza ma kameralny charakter, ale w historii kulturalnych kontaktów polsko-farerskich jest czymś absolutnie pionierskim – twierdzą pomysłodawcy.
W programie są trzy filmy: „Boisko bezdomnych” Katarzyny Adamik, „Katedra” Tomasza Bagińskiego i „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy. Do tego polski poczęstunek i niespodzianki. W folderze imprezy, przygotowanym po farersku, polsku i angielsku, czytamy: „Postanowiliśmy przedstawić filmy, które spotkały się w naszym kraju z życzliwym przyjęciem, są wartościowe artystycznie i nie dają widzowi łatwych odpowiedzi. Filmy, z których możemy być dumni – tak jak dumni jesteśmy z możliwości ich pokazania na naszym ukochanym archipelagu”.
Inicjatywa pod nazwą Projekt Føroyar istnieje od października 2011 roku. Głównymi celami Projektu jest inspirowanie współpracy polsko-farerskiej w zakresie kultury, integrowanie środowiska miłośników Wysp Owczych w Polsce oraz propagowanie rzetelnej wiedzy na temat archipelagu. – W lutym na festiwalu Berlinale prestiżową nagrodę zdobył krótkometrażowy film z Wysp Owczych. Wiemy, że jego reżyser chciał go potem pokazać na jednym z największych festiwali w Polsce, ale z jakichś względów film odrzucono. Mamy cichą, i być może nieco naiwną nadzieję, że nasza impreza przełamie impas w temacie polsko-farerskich kontaktów kulturalnych – mówią członkowie Projekt Føroyar.
Celem pomysłodawców Dnia Filmu Polskiego na Wyspach Owczych jest dalsza wzajemna promocja obu kultur i organizowanie kolejnych imprez, zarówno na archipelagu, jak i w Polsce. – Pomysły są różne. Chcielibyśmy między innymi zachęcić farerskich fotografów, by w autorski sposób opowiedzieli o swojej krainie tym, którzy znają ją co najwyżej stereotypowo. Wystawę ich zdjęć umiejscowilibyśmy w plenerach kilku polskich miast. Dzień Filmu Polskiego traktujemy jako dobry początek ekscytującej przygody.

[materiały graficzne i zdjęcia
© Wacław Marat, Kinga Eysturland]