sobota, 20 kwietnia 2013

Andrzej Stasiuk: klękanie przed puchatością



„Rodzą się, gdy jest zimno. W lutym albo na początku marca. Jest w tym pewien rodzaj obojętnego okrucieństwa. Na zewnątrz gwiaździsty mróz, a tam wśród czterech drewnianych i wcale nie najcieplejszych ścian przychodzi na świat coś tak kruchego. W dotyku jest zimne, bo pokryte błonami płodowymi, wydzielinami, resztkami tego poprzedniego życia, które było na poły życiem wodnym, a tutaj ten mróz i trochę strach, że zaraz zamarznie. Trzeba więc wziąć wiecheć siana, wytrzeć to, rozmasować, aż stanie się jako tako suche. Lecz nie zawsze jest się na miejscu – mimo to dają sobie jakoś radę. Zwłaszcza te tak zwane prymitywne rasy, pradawne, niezepsute hodowlą, bo ta dzikie zwierzę zamienia często w wyrafinowany produkt, który bez człowieka już sobie nie poradzi (...)



Tej zimy przybyły trzy i wszystkie są czarne. Zachodzę do nich częściej, niż nakazywałby owczarski obowiązek, i po prostu patrzę. Emil Cioran napisał kiedyś, że zamiast wciąż obłędnie i na wyprzódki się cywilizować, „powinniśmy zawszeni i pogodni kucać w cieple zwierząt” albo jakoś podobnie. Czytam wyrafinowanych filozofów, ale potrafię ich nauki przyjąć jedynie prostodusznie i bezpośrednio. Idę więc i kucam. Czekam, aż się zbliżą i poczują mój obcy, ludzki, ale przecież znany zapach. Aż zapomną na chwilę o nieufności, dzięki której żyją, i podejdą w zasięg dotyku. Teraz ja wciągam w nozdrza ich woń. W ciepłe, suche dni jest ostra, wyrazista i odurza. Jest w niej coś dalekiego i archaicznego. Jeśli to mieliśmy, to utraciliśmy dawno i na zawsze (...)



Tak więc kucam pogodny, rezygnując jednak z zawszenia, i wącham moje mini-stado. Pachnie jak tamto gobijskie. Pięknie, mocno i odurzająco. Człowiek – mówię to starając się oczywiście naśladować ton Ciorana – powinien mieć owce. Nie ocalą, nie uwolnią z samotności, ale mogą wskazać drogę w mroku. Niekoniecznie tym, w którym zmierzamy, ale w tym, z którego przyszliśmy”.

(fragmenty eseju „Kucając” Andrzeja Stasiuka opublikowanego w Tygodniku Powszechnym z 21 kwietnia 2013 roku)



[pierwsze trzy fotografie © Ólavur Frederiksen, Faroephoto.com]

sobota, 16 marca 2013

Widmowe koleje Pępka Świata, część druga



Dziś nie ma już po nich śladu.
Zostały tylko dwa zdjęcia, które w sumie niewiele wyjaśniają.
Ot, trochę szyn i zwrotnic przy nabrzeżu.
Czy Petur i inni myśleli o nich jak o namiastce kolei czy tylko jak o kawałkach żelastwa, po których łatwiej pchać wagoniki z kośćmi i tłuszczem?



Tory służyły do obsługi stacji wielorybniczej w osadzie Lopra na Suðuroy. Na przełomie XIX i XX wieku na Wyspach Owczych powstało siedem tego typu miejsc. Budowali je Norwegowie. W czasach największej prosperity posiadali 214 stacji wielorybniczych rozsianych od Falklandów i Seszeli po Mongolię i Nową Fundlandię.
Stację Lopra wraz z torami zamknięto w roku 1953.



Pokrewne - Sygnały o błędnym pociągu na Ultima Thule.

czwartek, 14 lutego 2013

Livar Nysted: w łupinie przez wielką wodę


„Livar Nysted jest znany na Wyspach Owczych zarówno jako artysta, jak i zapalony, wioślarz. Właśnie próbuje pobić kolejny rekord świata płynąc łodzią przez Ocean Atlantycki” – czytamy na jednym z farerskich portali.

„Livar zdobył światową sławę, kiedy wspólnie z trzema innymi wioślarzami przemierzył Atlantyk w 2010 roku. Dzięki tej wyprawie Farer nie tylko ustanowił rekord świata, ale także znalazł się w Księdze Rekordów Guinessa. Wówczas trasa wiodła z Nowego Jorku na Wyspy Scilly w pobliżu Wielkiej Brytanii. Przepłynięcie tego dystansu zajęło wioślarzom 44 dni. Poprzedni rekord należał do ośmiu Norwegów, którzy do pokonania tego samego szlaku w roku 1896 potrzebowali jedenastu dni więcej.
Tym razem Livar i jego kompani zamierzają przeprawić się z Puerto de Mogan na Wyspach Kanaryjskich (skąd wyruszyli 16 stycznia) do Port Saint Charles na Barbadosie. Celem jest przewiosłowanie około 5000 kilometrów w czasie krótszym niż 30 dni. Niezależnie od tego, Livar ma także realne szanse dołączyć do grupy około 30 osób, którzy przepłynęli Atlantyk łodzią wiosłową więcej niż raz”.

„Tak, to nieco samolubne. Zostawiam moją żonę i cztery córki” – mówi Livar Nysted.



Postępy załogi można śledzić tutaj.


sobota, 26 stycznia 2013

Solarium Boga czyli o pewnym nieporozumieniu


                           All rights reserved © Ólavur Frederiksen, Faroephoto.com

Osada nazywa się Ljósá i żeby przejechać przez nią samochodem potrzeba mniej więcej tyle czasu, ile na dwukrotne uważne przeczytanie tego zdania.
Niewiele tu – kilka domów i altan, jednorodzinny pensjonat i mała przystań. Wszystko po nordycku schludne.
Ljósá jak przysiółek: bez szkoły, sklepu, punktu aptecznego. Ostatnia osada przy bocznej drodze Oyrarbakki – Eiði. Kawałek dalej asfalt zakręca i łączy się z główną szosą, biegnącą wzgórzem.
Przejeżdżałem tamtędy w lipcu. Patrzyłem raczej w stronę fiordu, więc dopiero w ostatniej chwili zauważyłem szyld na jednym z domów.
„SÓL”.

– Nie ma choćby kiosku z żywnością, ale jest solarium. Czy to możliwe? – zagadywałem później przygodnie spotkaną dziewczynę, która parodiowała temat w „E Elski Førjar” (kraj koincydencji!).
– Brzmi zabawnie, ale nie wiem.

Wyjaśniła polsko-farerska K.
Jeśli chodzi o Ljósę, to rzeczywiście jest tam domek, na którym widniał napis „SÓL”, czyli „słońce”, jednak to nie solarium, tylko miejscowy kościół baptystów. Ljósa jest jedną z dwóch miejscowości na Farerach, gdzie mieszkają tylko i wyłącznie baptyści. Ale są zajęci raczej modlitwą, niż chodzeniem na solar i siłkę ;)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Mikines artysta, Mikines ojciec - wspomnienia

– Tato opowiadał nam, że jako dziecko zbudował sobie skrzypce z pudełka po cygarach i ścięgien grindwali. Gdy skończyłem siedem lat uznał, że powinienem poznać jak działa maszyna parowa – wspominał Kári Joensen Mikines, syn słynnego farerskiego malarza Sámala Joensena Mikinesa (1906-1979) w 100. rocznicę urodzin artysty.

Tłumaczenie własne na podstawie albumu „Mikines” (red. Aðalsteinn Ingólfsson, Nesútgáfan, 2006)

„Często słyszę pytanie czy trudno było mi dorastać przy tak starym ojcu – choć prawdę mówiąc bardziej niż „stary” wolę określenie „dojrzały”. Gdy się urodziłem miał 49 lat.
Faktem jest, że jako dziecko nigdy nie przykładałem wagi do jego wieku. Tato był z pewnością starszy niż ojcowie moich rówieśników, ale podobnie jak inni angażował się w wychowanie, organizując mi różnego rodzaju zabawy i aktywności. Dziś, patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że nasza relacja była rzeczywiście nietypowa, to znaczy bardziej dojrzała niż relacje, których doświadczali moi koledzy.
Ojciec dużo czytał mi do poduszki. Zostałem wychowany w miłości do książek, tyle, że od początku była to poważna literatura. Zamiast komiksów z Kaczorem Donaldem, które zdarzało mi się przeglądać tylko podczas pobytów w szpitalu, rodzice proponowali mi lektury dojrzalsze. Zanim skończyłem siedem lat, poznałem „Iliadę” i „Odyseję”. Przyswoiłem je na pamięć, podobnie jak opowieści o niebezpiecznych podróżach Fridtjofa Nansena, jego statku „Fram” i przeprawach pośród gór lodowych Grenlandii. Pewnego razu pojechaliśmy całą rodziną do Oslo i zadręczałem rodziców prośbami o zwiedzenie Muzeum Kon-Tiki, gdzie jest wystawiony „Fram”, zamiast iść do nudnego Muzeum Muncha, które oczywiście bardzo chciał zobaczyć mój ojciec.
Tato miał swoją pracownię w domu, więc jego życie zawodowe było mocno powiązane z rodzinnym. W domu spędziłem sporą część mojego dzieciństwa. Urodziłem się ze zdeformowanymi stopami, co uniemożliwiało mi branie udziału w wielu zajęciach. Kolejne operacje powodowały częste nieobecności w szkole. Korzystałem z tego, że ojciec jest obok mnie i bez przerwy przesiadywałem w jego studio, bawiąc się farbami i sztalugami. Jeszcze zanim skończyłem osiem lat tato uważał, że mam zadatki na malarza. Obrazki, które tworzyłem, nie różniły się znacząco od tego, co potrafili moi rówieśnicy, ale namalowane prawdziwą olejną farbą, oprawione w szerokie złote ramy i powieszone pośród arcydzieł ojca, rzeczywiście wyglądały imponująco.

                                       Mikines maluje na Mykines. 1959.
                        All rights reserved © Nesútgáfan Publishing, Kári J. Mikines

Któregoś dnia zdarzyło mi się zapytać ojca czy to faktycznie takie trudne „tak sobie stać i przenosić na płótno coś, co widnieje przed tobą”. Tato pracował akurat nad jakimś krwistym kawałkiem morskiego horyzontu. Przerwał pracę i powiedział: „spróbuj sam”, po czym wręczył mi pędzle i usiadł obok. W lewym górnym rogu zacząłem malować niebo. Przez najbliższą godzinę musiałem znosić bezlitosną krytykę. Minęło sporo czasu, a mnie udało się pokryć zaledwie maleńki fragment płótna. Nigdy więcej nie zaryzykowałem wygłaszania opinii na temat pozornej łatwości bycia malarzem.
Tato opowiadał nam czasami, że jako dziecko musiał samodzielnie robić sobie zabawki. Wykonał na przykład skrzypce z pudełka po cygarach i ścięgien grindwali. Twierdził, że zbudował też maszynę parową. Kiedy skończyłem siedem lat, uznał, że i ja powinienem zapoznać się, jak działa taka maszyna. W dniu urodzin dostałem więc silnik, ale niestety przy naszej pierwszej próbie przegrzał się kocioł. Niezrażeni tym faktem poszliśmy do sklepu z zabawkami i kupiliśmy większy. Traf chciał, że i ten nie działał jak należy. Raz jeszcze odwiedziliśmy więc sklep i ojciec wybrał największą maszynę parową, jaka była w asortymencie. Pracowała idealnie, nareszcie mieliśmy satysfakcję.
Kiedy mieszkaliśmy w Kopenhadze, dość często przypominały nam się Wyspy Owcze i to nie tylko z powodu ojca obrazów. Chodziło o paczki, które przysyłali nam Haldór i Hanna, brat i siostra taty. Zawartość tych paczek to było coś cudownego i zarazem strasznego. Cudownego, gdy w środku znajdowaliśmy maskonury albo suszoną baraninę, które uwielbiałem. Strasznego, bo w paczkach były też owcze głowy, wnętrzności grindwali i suszone ryby. W takich momentach ojciec przejmował kontrolę nad kuchnią, sortował po swojemu prowiant, a to co gotował lub smażył definitywnie nie pachniało jak potrawy mamy.
Nie wiem, czy podobały mu się nasze okrzyki przerażenia, kiedy wycinał scyzorykiem owcze oko i połykał je w całości, ale pamiętam, że w trakcie tych dni ucztowania po farersku częściej skłaniałem się ku owsiance”.

                                               Ojciec i syn. Rok 1957.
                       All rights reserved © Nesútgáfan Publishing, Kári J. Mikines

piątek, 30 listopada 2012

Biuro rzeczy znalezionych, cz. II

Zostawiłem auto przy malutkim porcie i przez godzinę chodziłem po osadzie. Nie spotkałem nikogo, nikt nie wyszedł na zewnątrz ani nie wyjrzał przez okno, nie słychać było żadnych odgłosów pracy. Szkoła, kościół i boisko stały puste. To był późny czerwiec, wtorek, tuż przed południem.
W oczekiwaniu na jakiegokolwiek człowieka notowałem co widzę.
W sąsiedztwie strumienia parkował granatowy busik opel movano 2.5 cdti, obsługujący lokalną linię 601 do Skopun.
Kawałek w stronę miniaturowego parku leżały dwa pistolety na wodę.
Przy kamiennym murku rosły niekłujące pokrzywy.
Na domach – tabliczki z nazwami: á Bræðnum, í Oyragarði, á Holmafløttur.
Różowa hulajnoga na żwirowym parkingu.
Maszyna do prasowania słomy Pöttinger MB 60.
Wielka drewniana szubienica z pięcioma sznurkowymi huśtawkami.
Terenowe ssangyong rexton rx 270 xdi i ciemnozielony nissan navara.
Tablica ogłoszeń. Coś o polowaniu na ptaki i konkursie dla hodowców owiec.
Grafitowa mazda 6, wiśniowa toyota starlet, czarny citroën xsara.
Przy najwyżej położonym domu osady – kamienne figurki indian.
Przyczepa kempingowa adria adora 552 UK.
Tablice z nazwami ulic: Áargøta, Garðavegur, Miðgøta, Kirkjuvegur.
Czarny suzuki ignis.
Pozostałości betonowego silosu i owce przy wyniesionej na brzeg łodzi.
Niebieski traktor marki niewiadomej.
Płaski kamienny kloc z przyczepioną latarenką.
Mazda premacy, ford focus.

Wróciłem do Dalur rok później.
Trzej mężczyźni wstawiali szybę w budynku, który mógł być starą świetlicą.
Na głównej ulicy gromadka dzieci bawiła się w raz, dwa, trzy, baba Jaga patrzy.

[foto 1 - Ulrich Latzenhofer, foto 4 - Bibleteachingprogramme.com]

środa, 31 października 2012

Latający hipsterzy i męczennicy głębin

Młodzieżowy dom kultury Fabryka Margaryny w Tórshavn zorganizował konkurs na projekt znaczków pocztowych o tematyce street artowej. Zwyciężyły Saga Kapna i Laura Edit Tórhalsdóttir, tworzące duet Nadedita.

„Ich humorystyczne rysunki obrazują cztery typy osobowości, które są tu zilustrowane jako charakterystyczne dla Wysp Owczych zwierzęta: maskonur, ostrygojad, baran i grindwal.

Maskonur – medialna bestia (tłumaczę tak, choć na stronie Stamps.fo wersja farerska brzmi „miðla horan”, a angielska „media whore”)
Ubrany w swoje dizajnerskie słoneczne okulary a’la Paris Hilton, stoi na zielonych zboczach Mykines i czuje się bardzo ważny.
Jest fotografowany przez każdego, kto go zauważy i zawsze pozuje z dumnym obliczem, jakby był słynną międzynarodową gwiazdą (którą faktycznie jest).
Zdaje sobie sprawę ze swej atrakcyjności i inteligencji. Co prawda nie był w historii Wysp Owczych ptakiem-symbolem i nigdy nie widniał na fladze jak ostrygojad, ale – w istocie – o nim mówi się najwięcej.

Ostrygojad – hipster
Ostrygojad wie, że jest bardziej wartościowy od maskonura.
To narodowy ptak Wysp Owczych, rzeczywisty symbol tego archipelagu i jego przyrody.
Nikt nie zauważa ostrygojada, ponieważ całą uwagę kradnie maskonur. Ale to nawet lepiej, bo gdy ostrygojad nie jest w centrum uwagi, może przesiadywać w barze Sirkus w Tórshavn, cieszyć się filiżanką herbaty i słuchać indie-rocka. Nikt nie zawraca mu głowy, dzięki czemu ma czas na kontemplowanie zespołów, o których nikt poza nim nie słyszał.
Ostrygojad uwielbia zimowe podróże do egzotycznych krajów i poznawanie obcych kultur. Daje mu to wyższy status społeczny w porównaniu z innymi zwierzętami na Wyspach Owczych i jest to coś, co dla ostrygojada zdaje się istotne – poczucie wyższości.

Baran – rowerzysta
Baran to nieustępliwy typ, który wie dokładnie czego chce i zna swoje miejsce w społeczeństwie – dokładnie na środku drogi.
Nie zejdzie z niej, gdy zbliżasz się swoim samochodem, nieważne jak wiele okażesz cierpliwości.
Baran jest bardzo popularny wśród owiec. Ma to związek z tym, że owiec jest na Wyspach Owczych dwa razy więcej niż ludzi.

Grindwal – emo-cierpiętnik
„Czemu wszyscy się mnie czepiają, jakby się uwzięli? Czy nie zdają sobie sprawy w jak trudnych czasach przyszło mi żyć?”
Grindwal to istota z natury smutna. Jest cały czarny i ma głęboko osadzone oczy.
Nikt go nie rozumie, nawet kiedy przebywa z innymi grindwalami. Każdy z nich wygląda jak kopia drugiego – w swoim żałobnym stroju i z wielce nieszczęśliwą duszą.
Jedyna rzecz, w której grindwal znajduje ukojenie, to pływanie w bezkresnym oceanie smutku”.

[budynek Fabryki Margaryny sfotografował na spacerze Jógvan á Dul]

sobota, 29 września 2012

Aberracje sferyczne, chromatyczne i inne

Mówią, że fotografowanie jest pretekstem do spotkania z innym człowiekiem, sposobem na odkrycie czyjejś historii.
Że skłania do dialogu, zbliża i uwrażliwia.
Pewnego dnia nauczę się fotografować i dostrzegę postacie stojące za plecami.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Performensy i happeningi homo ludens sapiens


Z zeszłorocznym G!Festivalem kojarzy mi się budka komplementów. Wymyśliła ją F. ze znajomymi. Zbili z desek mały kiosk, w zasadzie sam fronton i zainstalowali go przy wejściu na pole namiotowe. Z okna budki zagajali przechodniów. Kto chciał, mógł stanąć przed kioskową komisją i usłyszeć na swój temat kilka ciepłych słów.
– Staraliśmy się mówić o cechach charakteru, nie o wyglądzie. Jeśli nie znaliśmy danej osoby, to dopytywaliśmy o miejsce zamieszkania i krewnych. Z tego mogliśmy wywnioskować coś konkretniejszego – opowiadała F.
Potem był Summar Festivalurin i incydent z nastolatkiem, który zapadł w śpiączkę po przedawkowaniu narkotyków.
Historia zatoczyła koło. Miesiąc temu mieliśmy G!Festival, dwa tygodnie później Summar Festivalurin, a w międzyczasie, tuż przed Ólavsøką, pierwszą dużą farerską paradę równości. Gościem honorowym Faroe Pride był islandzki komik i burmistrz Reykjavíku Jón Gnarr.


[foto © Kristfríð Tyril/momo, Lydia Hansen, Olaf Olsen, Álvur Haraldsen/Portal.fo, Eyðbjørn Jacobsen/Eydbii.com, Nordlysid.fo, LGBT Føroyar]