wtorek, 31 maja 2016

Jens Martin Knudsen: sława po farersku

 

„To łatwe być sławnym na Wyspach Owczych. Choć pokazują twoją twarz w gazetach i jesteś przepytywany przez dziennikarzy, Farerów w ogóle to nie ekscytuje. Jesteś tu jednym z wielu, nie bardziej wyjątkowy niż ktokolwiek inny. Ludzie stąd wiedzą mniej więcej co słychać w moim życiu i nie czują potrzeby dopytywać. Nie spotykam gapiących się nieznajomych, nie ma obcych, którzy zaczepiają mnie na ulicy. Nie muszę się ukrywać, nieszczerze uśmiechać, nie wymieniam kurtuazyjnych uścisków. Wyspy Owcze są najlepszym miejscem na ziemi do bycia tak zwanym sławnym. To cenne, ponieważ obcokrajowcy bywają często zbyt ciekawscy i gruboskórni. Zdarza się, że przychodzą do mojego domu w Runavík bez słowa zapowiedzi. Staram się być grzeczny, zapraszam ich na filiżankę kawy. Siedzimy parę minut, rozmawiamy. Potem robią sobie ze mną zdjęcie i odchodzą”.

Jens Martin Knudsen, między innymi bramkarz piłkarski, wystąpił w legendarnym meczu Wysp Owczych z Austrią w 1990 roku, sensacyjnie wygranym przez debiutujących Farerów. Biografia Jensa Martina zatytułowana „The bobble hat goalkeeper” ukazała się w 2012 roku nakładem farerskiego wydawnictwa Sprotin.


sobota, 30 kwietnia 2016

Grindwale: historia, etnografia, symbol - cz. I

Pewna Farerka tak wspominała lata 50. minionego wieku: „Kiedy łodzie rybackie nie mogły wypływać w morze ze względu na pogodę, przez wszystkie dni jedliśmy na obiad mięso grindwali. Nie dlatego, że nam smakowało. Uważałam, że to podłe serwować codziennie to samo. Ale walenina była tym, co mieliśmy najcenniejsze”.

W 1928 roku naczelnik lekarski Wysp Owczych stwierdził: „trudno dostatecznie mocno podkreślić jak ważna jest walenina dla naszej społeczności. Czy to świeża, czy suszona, czy solona, jest dla nas praktycznie jedynym źródłem mięsa”.

Nauczyciel z Tvøroyri opowiadał o sytuacji z lat 30., gdy nagła obfitość jedzenia z polowania na grindwale wpływała na najmłodszych mieszkańców osady: „kiedy dzieci zjadały wielorybie mięso i tłuszcz, ich policzki nabierały kolorów i o wiele łatwiej było im uciąć poobiednią drzemkę w szkole – nasyceni spali zdrowym i spokojnym snem”.

Mieszkańcy Wysp Owczych zawsze dokonywali rozróżnienia między posiłkiem codziennym i niedzielnym. Mięso i tłuszcz wieloryba nie były spożywane w niedziele i święta, chyba że wykorzystywano je jako substytut innych dań. W przeszłości, zanim na archipelagu nastała era elektryczności i lodówek (1953-62), solone mięso wieloryba namoczone w wodzie serwowane było z sosem jako danie niedzielne. Brązowy sos sprawiał, że codzienny posiłek stawał się daniem odświętnym.

[na podstawie „Pilot whaling in the Faroe Islands. History, ethnography, symbol”, Jóan Pauli Joensen, Tórshavn 2009]

środa, 30 marca 2016

Autobusowym szlakiem po aglomeracji Tórshavn

Na stronie internetowej miasta Tórshavn zainstalowano licznik, który w czasie rzeczywistym aktualizuje liczbę pasażerów korzystających danego dnia z miejskich autobusów.


 
Nowinką technologiczną są też przystankowe wyświetlacze czasu pozostałego do odjazdu najbliższego autobusu.


Komunikacja miejska w Tórshavn jest bezpłatna i obsługuje także kilka pobliskich osad. W poszukiwaniu nastrojowych peryferii można wybrać się choćby linią 3 i wysiąść na zawrotce Millum Gilja w Hoyvík. Szukajcie tajemniczego tunelu w pobliżu!



[foto własne, Álvur Haraldsen, Jerome Luepkes]

poniedziałek, 29 lutego 2016

Użyteczność ponad niedorzecznościami




„Tym razem mieli szczęście, ryba brała.
      Gdy w łodzi zaczęło trzepotać, poprawiły im się humory. Zesztywniały od natężenia Kalv wciągał rybę.
      Ilekroć syn wybierał, tylekroć Ketil mówił: – Wrzuć ryby do łodzi i tak je zostaw. – Jego słowa brzmiały nieco tajemniczo, jak gdyby się obawiał, że ktoś mógłby go podsłuchać i stać się zazdrosnym. – Widzę, że ci się dobrze wiedzie – uśmiechnął się do Kalva – masz rybackie szczęście.
      Powtarzał to, przewlekając wiosła – może jednak będzie z Kalva jeszcze rybak, wygląda na to, jakby jego rybacka gwiazda dobrze się zapowiadała. Stopniowo może się wyrobić tak dobrze jak inni, którzy mają więcej rozumu. A na co wielu zużywa swój rozum? Tylko na niedorzeczności – zagrzebują się w książkach i chcą mieć wszystko możliwe, co tylko istnieje w wielkim świecie, zamiast stać się użytecznymi we własnej wiosce”.

"Honor biedaka" Heðin Brú ("Feðgar á ferð", 1940), tłumaczenie z języka duńskiego Henryk Anders i Maria Krysztofiak

wtorek, 5 stycznia 2016

Polsko-farerski Hyde Park, część 5: znów Michał

Z Michałem rozmawialiśmy po raz pierwszy ponad pół roku temu. Od tamtego czasu zdobył dwa piłkarskie trofea - srebrny medal ligi z seniorami i złoty z juniorami. Późną jesienią zdecydował się zmienić drużynę i wrócić do macierzystego B68 Toftir. W grudniu skończył 18 lat. Lubimy futbolowe pogawędki, więc nie odmówiliśmy sobie przyjemności, by znów zagaić Michała i zapytać go o kilka kwestii.


Michał, czym przekonali Cię działacze B68 do zmiany klubu? W maju mówiłeś o Waszych słabych relacjach, a tu nagle taki zwrot akcji.
Od tamtego czasu kilka razy odwiedził mnie prezes B68, Niclas Davidsen. To nowy człowiek w zarządzie, on nie uczestniczył w dawnych sporach, nie było go, gdy odchodziłem do NSÍ. Niclas przedstawił mi plany B68 na najbliższy rok i powiedział, że bardzo chciałby, żebym dołączył do zespołu.
NSÍ zaproponowało mi nowy kontrakt przed ostatnim meczem w październiku. Wtedy prowadziłem już rozmowy z B68. Czekałem z podjęciem decyzji jak najdłużej, rozważając wszelkie za i przeciw. Z NSÍ miałem często telefony, ale rozmowy były mało konkretne. Zniechęciło mnie też kilka sytuacji z trenerem pierwszego zespołu NSÍ, które przytrafiły mi się w trakcie sezonu. Nie miałem ochoty kontynuować z nim współpracy.
Mam wrażenie, że B68 po prostu bardziej zależało na tym, bym do nich trafił. Czułem, że nie jestem im obojętny, czego nie mogę powiedzieć o
NSÍ. Najważniejsze jest dla mnie granie jak największej liczby meczów i to jak najwięcej w Effodeildin. Przez dwa lata obecności w NSÍ rozegrałem 50 meczów w rezerwach i tylko osiem dla pierwszej drużyny, w kolejnych dwudziestu przesiadując całe zawody na ławce rezerwowych. Faktem jest, że B68 ma słabszą drużynę od NSÍ, ale dla mnie najważniejsze są minuty na boisku. Wiem, że dużo osób z Runavík zastanawia się, czemu zdecydowałem się odejść, choć pewnie nadal dostawałbym swoje szanse w NSÍ. Podjąłem ryzyko, bo jak nie uda mi się teraz łapać do pierwszego składu B68, to będę zmuszony grać na trzecim szczeblu (2. deild), a rezerwy NSÍ grają na drugim szczeblu (1. deild). Ale mnie interesują teraz wyłącznie występy w Effodeildin, a w B68 droga do pierwszego składu wydaje się trochę krótsza. 

Wspomniałeś o trudnych sytuacjach z trenerem pierwszego zespołu NSÍ. O co chodziło?
Trener Trygvi Mortensen ewidentnie mnie nie lubił. Chyba zresztą nie lubił nikogo z młodych, bo często słyszeliśmy od niego różne niepotrzebne komentarze. Starsi zawodnicy też za nim za bardzo nie przepadali. Zarząd zdawał sobie z tego sprawę, ale chyba po prostu się go bali, bo to on decydował o wszystkim w klubie.
Dwa razy zdarzyło się, że wziął na mecz tylko 15 zawodników, choć wiedział, że jestem gotowy do gry i mi bardzo zależy. To były chyba mecze z beniaminkami – TB i FC Suðuroy. Z kolei z HB przesiedziałem na ławce cały mecz, a zamiast mnie wszedł kontuzjowany rezerwowy, który nie trenował od ponad tygodnia i jak wbiegał na boisko, to utykał. Zdarzały się też kuriozalne i demotywujące sytuacje, że skład był ustalany dwa tygodnie przed meczem.
Ciekawy jest przypadek Meinharda Olsena, którego nasz trener sadzał notorycznie na ławce – na 40 meczów w NSÍ wyszedł w pierwszym składzie bodaj tylko raz. I oto w wakacje Meinharda kupiło duńskie Vendyssel. Trener NSÍ go nie chciał, a podpisał z nim kontrakt klub, który walczył o awans do ekstraklasy Danii.


Jakie pozytywne wspomnienia wynosisz z Runavík?
Bardzo podobały mi się treningi i możliwość ćwiczenia z dobrymi piłkarzami. W NSÍ były trzech, czterech chłopaków z pierwszej reprezentacji Wysp Owczych i do tego jeszcze trzech z młodzieżówki. Dobrze wspominam też mistrzostwo z drużyną U18, gdzie przegraliśmy tylko jeden mecz w sezonie. Do tego oczywiście tych kilka epizodów w Effodeildin, choćby te z końcówki sezonu, kiedy ważyły się losy naszego wicemistrzostwa. Występy w meczach o taką stawkę wzmocniły mnie psychicznie.
Zakumplowałem się na dobre z kilkoma zawodnikami. Najlepszy kontakt mam z Hákunem Edmundssonem, z którym grałem kilka lat jeszcze w B68. Chodzimy do tej samej klasy, więc widzieliśmy się praktycznie na okrągło.

Czy potrafisz już ocenić co zmieniło się w B68 przez te kilka lat Twojej nieobecności?

Jest nowy prezes i nowy zarząd, a wraz z nimi inne spojrzenie na klub. Powoli poprawia się praca z młodzieżą, bo nie chcą popełnić tego samego błędu, co z nami parę lat temu. Obecny prezes jest chyba jedynym człowiekiem w Toftir, który aktualnie nadaje się do tej roli. Widać, że zna się na rzeczy i – co najważniejsze – bardzo mu zależy na B68. 
Tak naprawdę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie było mnie w klubie przez trzy lata. Ale słyszę od innych zawodników, że wszystko wraca na dobrą drogę.

Kto wyróżnia się w Waszym zespole?
Nie wszystkich jeszcze widziałem w trakcie treningów, ale najbardziej doświadczony wydaje się André Olsen. Zaliczył występy we wszystkich kadrach młodzieżowych Wysp, zwiedził tu kilka klubów. Ma dobrą lewą nogę, może grać zarówno na środku, jak i na skrzydle. Do tego na pewno Niklas Poulsen, który preferuje ostrą walkę i nigdy nie odpuszcza. Gra zwykle na środku obrony, może też na boku. Oni dwaj są liderami zespołu.

Wiadomo co nieco o planach Waszych przygotowań?
Pierwszy sparing zagramy w połowie stycznia, z tego co słyszałem z Víkingurem. W drugi weekend lutego lecimy na kilkudniowy obóz do Reykjavíku. Liga rusza 6 marca.

Bardzo solidnie prezentuje się budynek klubowy B68, zbudowany w latach 90. na potrzeby reprezentacji i europucharów. Czy w środku wygląda równie dobrze jak z zewnątrz?
Właśnie trwa remont, powstają dwie nowe szatnie. Jest też robiony taki a’la taras czy balkon na budynku. Szatnie, które teraz mamy są raczej największe na Wyspach, a szatnia gości jest chyba większa od naszej. W budynku jest też siłownia. W porównaniu z innymi klubami na pewno nie możemy narzekać.


A murawa?
Boisko w Tofcie to na pewno czołówka na Wyspach. Pod murawą nie ma twardej nawierzchni, jak to czasem bywa, ale coś co sprawia, że jest bardziej miękka, może to pozostałości dawnego naturalnego podłoża dla trawy. Mam wrażenie, że biega się u nas łatwiej.

Czy w budynku klubowym są pokoje dla turystów?
Są miejsca noclegowe, ale tylko na lokalne potrzeby. Czasem nocowały tu jakieś klasy szkolne, jedną czy dwie noce. I to w sumie tyle.

Pytanie pozapiłkarskie: wiadomo coś nowego o mającym powstać tunelu drogowym Tórshavn-Toftir?
Podobno niedługo mają ruszyć prace. Według najnowszych planów tunel będzie się wynurzał nie w Tofcie, a w Runavík, obok pracy mojego taty.

Chciałbym Cię jeszcze zapytać o kwestię paszportu.

Skończyłem niedawno 18 lat i mam podjąć samodzielną decyzję o obywatelstwie. Dostałem papiery, ale jeszcze ich nie wypełniłem. Myślę, że złożę w końcu podanie o duński paszport, bo w sumie może mi to wyjść tylko na dobre.

czwartek, 31 grudnia 2015

Świerki, cisy, daglezje - leśne enklawy Farojów

Úti í Grøv (Klaksvík)

Viðarlundin í Vági (Vágur)


Viðarlundin í Leirvík ("Limmulund", Leirvík)


Viðarlundin á Selatrað



Viðarlundin í Gundadali (Tórshavn)

Kładziemy się w zagłębieniu trawiastego zbocza – gdzieś obok pojedynczy żółty jaskier, dalej – niezapominajki, macierzanki, dzięgiel. Ostre, przejrzyste światło, które w pełni potrafią docenić tylko malarze. Spójrzmy w farerskie niebo: chmury przyjmują niekiedy niesamowite kształty. Płyną majestatycznie lub pędzą złowrogo, by owinąć mlecznym szalem wierzchołki gór.
Poniżej nagich szczytów faluje morze traw. Wiosną i latem zieleń jest wszechobecna. Ale i drzew przybywa: sadzi się sosny wydmowe, szwedzkie jarząby, modrzewie, topole kalifornijskie, świerki, cisy, daglezje. Na niewielkich plantacjach, odgrodzone od żarłocznych owiec kamiennym murem, dzielnie stawiają opór porywom wiatru. Igliwie pachnie tu jak nigdzie indziej nad Atlantykiem.

A czy Ty masz już swój ulubiony las na Wyspach Owczych?

niedziela, 29 listopada 2015

Zimowy duch kipieli i roykstovy


"Zimę na Wyspach Owczych cechują przede wszystkim silne sztormy, tak że przybój na zachodnim wybrzeżu wyspy wznosi się na wysokość wież i w swej nieposkromionej sile może odrywać skały o wadze wielu tysięcy funtów daleko w głąb lądu, co więcej, przelewać się przez całe wyspy, te najniższe, jak na przykład Nolsoy albo Koltur, wypełniając przestrzeń między domami zielonawą kipielą".


"W zimowej porze roku panuje wszędzie w osadach zwyczaj, że mieszkańcy gromadzą się w izbach na tak zwane wieczornice, i podczas pracy przy kołowrotkach i warsztatach tkackich słuchają sag i pieśni o bohaterach lub fragmentów z Pisma Świętego, opowieści i psalmów, jak również niekiedy tańczą przy wtórze wielowiekowych pieśni".

Fragmenty powieści Williama Heinesena "Wyspy dobrej nadziei". Tłumaczenie Andrzej M. Kołaczkowski.


[foto © FaroePhoto.com, Edith.J photography]

sobota, 31 października 2015

William Heinesen: rajskości wśród pustkowi

"Kamienista, morenowa ziemia wkoło Tórshavn słynie z ubóstwa. Potrzeba było wieloletnich wysiłków, pracy w pocie czoła, a często nawet utraty zdrowia, aby to jałowe, pokryte wrzosowiskami pustkowie przez przekopywanie i nawożenie użyźnić na tyle, aby dawało paszę dla jednej krowy i ewentualnie na dodatek dorzuciło kilka ziemniaków. Lecz taki uprawiony i opłotowany kawałek ziemi - nazywano to zagrodą - bywał na wiosnę naprawdę czymś pięknym dla oka, kiedy między pokrytymi mchem i porostami blokami skalnymi zieleniła się trawa, a wśród niej kwitły całe wyspy białych i różowych stokrotek, kiedy rowy i brzegi strumyków rozsiewały wkoło siebie olśniewające dukaty kaczeńców. Później gęsta trawa strzelała wzwyż, zdobiła się w pierzaste, perłowo opalizujące kity - znak na rozpoczęcie sianokosów - całe miasto tonęło w słodkawej woni płynącej z tysięcy kopek siana i małych stogów. O, tak, coś naprawdę rajskiego owiewało te zagrody, te kwitnące oazy wśród górzystego pustkowia wrzosowisk i kamieni, będącego głównym tłem tutejszego krajobrazu, zaś posiadacz takiej zagrody w zamian za swoją harówkę dostawał naprawdę coś więcej oprócz ziemniaków i mleka - otrzymywał w darze uznanie przyrody, odwdzięczającej mu się bogactwem orzeźwiających aromatów, kolorów i zachwycającym śpiewem ptaków.
Właściciel takiej zagrody kochał ją i strzegł jak bezlitosny cherubin. Spotkanie z nim było na pewno bardzo nieprzyjemne dla kogoś, kto w okresie, kiedy trawa rosła i wymagała spokoju, nieopatrznie ważyłby się wejść na jego grunt. Znane są liczne przykłady, że w takich okolicznościach nawet łagodni właściciele zagród potrafili zamienić się w gryzące wilki. Beelzemann nie był, rzecz jasna, wyjątkiem w tym względzie. Wprawdzie nie posługiwał się ani językiem ani nie posuwał się do rękoczynów; szacunek dla swojej własności zapewniał sobie w zupełnej ciszy, przy pomocy swoich psów, dwóch rosłych i dobrze wytresowanych okazów, z których jeden wabił się Bierz, a drugi Skok. Przed krukami, wronami i natrętnymi mewami bronił się dubeltówką, tak samo przed zdziczałymi kotami i obcymi psami".

Fragment opowiadania "Beelzemann" Williama Heinesena, ze zbioru "Zaczarowane światło", tłumaczenie Maria Kłos-Gwizdalska.

środa, 30 września 2015

Linia promowa nr 58 Hvannasund - Fugloy

Prom przypływa najpierw na Svínoy. Zarządca czeka już przy nabrzeżu i razem z pomocnikiem szypra wyładowują przesyłki. Trzy osoby, które wysiadły, wciąż stoją na kei i rozmawiają. Wszyscy pójdą zaraz w górę osady, ale czekają jeszcze aż prom zacznie odbijać od brzegu i silnik zagłuszy ich słowa.
Kirkja to ostatni przystanek na trasie, ale rytuały są te same. Ktoś łapie cumę, inny podaje paczkę, beznamiętna wymiana zdań. Tych kilka minut krzątaniny, zanim wszyscy załatwią co swoje, łajba pokołysze w szary fiord i na przystani znów zrobi się cicho.


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wybory do parlamentu Wysp Owczych 2015

Kinga Eysturland:
"Już w najbliższy wtorek na Wyspach Owczych odbędą się wybory parlamentarne do farerskiego Løgtingu. Najstarszy parlament świata liczy sobie 33 posłów, zaś o przysłowiowe "stołki" walczy aż 7 partii politycznych, z których 4 opowiadają się na niepodległością Wysp Owczych, dwie za pozostaniem w unii z Danią, zaś jedna zachowuje w tej kwestii neutralność.
Kampania wyborcza sięgnęła zenitu - na całym archipelagu systematycznie odbywają się debaty, panele dyskusyjne i spotkania z wyborcami. Niektóre partie prowadzą kampanię w iście amerykańskim stylu, rozdając hot dogi potencjalnym wyborcom oraz bombardując swoim logo partyjnym widniejącym na balonikach, ulotkach i innych gadżetach. Fólkaflokkurin próbowała starym sposobem dobrać się do serc wyborców przez ich żołądki, serwując przy swoim stoisku kanapki ze skerpikjøtem. Nastroje wyborcze są dynamiczne, zaś Farerczycy po raz kolejny udowadniają, że polityka - na równi z piłką nożną - stanowi główny temat zainteresowania społeczeństwa. Prognozy wyglądają obiecująco dla republikańskiego Tjóðveldi, które zdało test zaufania wyborców już w trakcie czerwcowych wyborów do duńskiego Folketingu. Mniej optymistycznie wygląda przyszłość aktualnie rządzącej partii - Sambandsflokkurin.
Szczególne powody do zmartwień ma urzędujący premier Kaj Leo Johannesen, który ostatniego roku nie może zaliczyć do udanych. Bohater "afery tunelowej", przy każdej możliwej okazji wykazujący się niewiedzą i ignorancją, najprawdopodobniej będzie musiał pożegnać się ze stanowiskiem szefa rządu.
W wyborach parlamentarnych mogą głosować wyłącznie osoby posiadające duńskie/farerskie obywatelstwo oraz adres zameldowania na Wyspach Owczych. Listy wyborcze oznaczane są literami alfabetu. Zagłosować można wyłącznie na jednego kandydata.
Największym problemem farerskiej demokracji jest wszechobecny nepotyzm i więzy krwi decydujące o politycznych wyborach. Może gdyby Farerczycy przestali bezkrytycznie głosować na krewnych, a bardziej skupili się na treści programów wyborczych, skład rządu w większym stopniu odzwierciedlałby rzeczywiste nastroje społeczne.
Farerskie programy wyborcze warto starannie przefiltrować, ponieważ tegoroczne obietnice polityków zaczynają krztusić się w oparach absurdu. Poza kwestią niepodległości, tematy oscylują wokół polityki rodzinnej, socjalnej, imigracyjnej oraz spraw podatkowych. Biorąc pod uwagę demografię Wysp Owczych i chęć podtrzymania sprawnie działającego well-fare state'u, archipelag zbankrutowałby już w pierwszym tygodniu realizacji tych śmiałych planów.
Jak więc widać, szklane domy i gruszki na wierzbie nie są tylko domeną polskich polityków. O tym czy długo wyczekiwana roszada na farerskiej scenie politycznej nastąpi, przekonamy się już w najbliższy wtorek. Przed nami ekscytujący wieczór wyborczy!".

środa, 26 sierpnia 2015

Vestmanna w kierunku Slættanes 14/03/2009


"Miejscowość opuszczono, zanim asfaltowe drogi stały się powszechnym dobrem zamieszkanych osiedli na Wyspach Owczych".


"W roku 1964, w związku z masowym odpływem ludności, urząd pocztowy w Slættanes został ostatecznie zamknięty".

W niedzielę było jak zawsze wolne od pracy. Należało obrać kierunek na zachód i wejść na wzgórza otaczające osadę. Z wysoka Vestmanna wyglądała jak nudny landszaft, popsuty szarzyzną i ładem. Dalej na zachód był płaskowyż i jakiś kwadrans wędrówki. Ruda ziemia i ptaki. I kamienie. A potem bochen kolejnego wzgórza, pustka i okruchy Slættanes.
Chmury ciągnęły na wschód. Jeszcze na płaskowyżu ucichły ptaki i spadł grad. Gdzieś w dole musiała majaczyć Vestmanna, wówczas nierealna jak wszystko poza ścianą mgły.

czwartek, 30 lipca 2015

Na wodnym szlaku między Gamlarætt i Sandoy

Chciałbym tam pojechać i odnaleźć tego szypra. Dowiedzieć się jak ma na imię i w której osadzie mieszka. Jeśli w Skopun, to może zna W. i mają jakieś wspólne sprawy. Tak, wielce prawdopodobne, że jest ze Skopun, bo przecież to tam dokuje nocą prom, którym pływa.
Zapytałbym go jaki najbardziej niesamowity widok z okien swojego kokpitu zapamiętał. I czy to w ogóle nazywa się kokpit? (i jak to jest po farersku?). Kiedy ostatnio zdarzyło mu się nie wypłynąć z portu i co się wtedy działo. I czy strach lepiej przeżywać w samotności.
Zdjęcie zamieścił u siebie Birgir Kruse. Jego autorem jest amerykański fotograf Andi Alexander.

środa, 24 czerwca 2015

Busem, helikopterem, promem - bez szans

--------------------------------------------------------
Elduvík.
19 zameldowanych mieszkańców.
7,4 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Funningsfjørður).
Półtorej godziny marszu.



--------------------------------------------------------
Gásadalur.
17 zameldowanych mieszkańców.
10 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Sørvágur).
2 godziny marszu.

 

---------------------------------------------------------
Skælingur.
16 zameldowanych mieszkańców.
Około 7 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Leynar).
Niespełna półtorej godziny marszu.



---------------------------------------------------------
Saksun.
10 zameldowanych mieszkańców.
11 km do najbliższej osady z komunikacją publiczną (Hvalvík).
Ponad dwie godziny marszu.


[foto © Faroeislands.dk, Greengate.fo]

niedziela, 31 maja 2015

Polsko-farerski Hyde Park, część 4: Michał.

Nazywa się Michał Przybylski. Można określić go na wiele sposobów, ale dla aktualnych potrzeb napiszmy, że jest uczniem i piłkarzem.
– Przyjechałem na Wyspy Owcze w 2000 roku, jako trzylatek. Mieszkam tu do dziś – mówi o sobie. Rozmowa jest częścią wykluwającego się skromnie projektu „30 lat polskich futbolistów na Wyspach Owczych – opowieści 1987-2017”.




Michał,
przy Twoim imieniu i nazwisku na portalu FaroeSoccer.com widnieje flaga Wysp Owczych, co znaczy, że postrzegają Cię jak swojego. A gdyby chcieli powołać Cię do piłkarskiej reprezentacji? Spełniasz urzędowe kryteria?
Na razie nie, ponieważ
nie mam duńskiego paszportu. Będę mógł się o niego starać dopiero jak osiągnę pełnoletność. Żeby dostać paszport, trzeba mieszkać na Wyspach co najmniej 7 lat. Ja żyję tu już prawie 15.
Może zdarzyć się też tak, że od wakacji pojawi się możliwość posiadania podwójnego obywatelstwa. Wówczas mógłbym mieć dwa paszporty: polski í duński. To powinno wystarczyć, żeby grać w młodzieżowej kadrze Wysp Owczych.

Ale czy Ty przypadkiem nie byłeś już powoływany w najmłodszych rocznikach?
Owszem, chyba jakoś w maju 2011 byłem na paru treningach farerskiej kadry do lat 15, ale ostatecznie okazałem się za słaby. Z kolei w 2014 roku zostałem powołany do reprezentacji Wysp Owczych do lat 17 na turniej w Norwegii, ale szybko okazało się, że nie będę mógł zagrać, ponieważ nie mam duńskiego paszportu. Trener, który mnie wybrał, nie wiedział, że oboje rodzice są z Polski. Nikt nie spodziewał się, że nie spełniam wymogów. Mieszkam tu od wczesnego dzieciństwa, trenerzy byli przekonani, że mam rodzinę z Wysp Owczych.

Łatwiej Ci rozmawiać po polsku czy po farersku?

Oba języki znam bardzo dobrze i w obu porozumiewam się bez problemu.


Twój tata, Tomasz, pojawił się na Wyspach na początku 1999 roku.
Jego przyjazd również miał związek z piłką nożną. Dostał kontrakt w klubie ÍF Fuglafjørður i spędził tam trzy sezony. Później przeprowadziliśmy się do Toftir, tato grał najpierw w LÍF Leirvík, a następnie, aż do końca kariery, w klubie z naszej osady, B68.


Ile miałeś lat jak zacząłeś trenować? To był pomysł taty?

Raczej sam chciałem, bo biegam za piłką odkąd pamiętam. Chodziłem do przedszkola przy stadionie Svangaskarð, więc siłą rzeczy byłem na boisku po kilka godzin dziennie. Zacząłem trenować w B68 jako siedmiolatek.


Gdzie się uczysz?
W Handilsskúla, czyli czymś na wzór szkoły biznesowej. Właśnie kończę pierwszy rok, zostały mi jeszcze dwa. Szkoła jest w Kambsdalur – od domu rano busem 30 minut, z powrotem nawet do godziny.


Zostańmy na razie przy wątku futbolowym. Rok temu, w czerwcu 2014, zaliczyłeś debiut w ekstraklasie Wysp Owczych. Grasz dla zespołu NSÍ Runavík.

Występuję przede wszystkim w drużynie rezerw oraz w zespole do lat 18. W zeszłym roku w ekstraklasie pojawiłem się epizodycznie trzy razy, w tym sezonie – jak dotąd – raz. Zarówno w juniorach, jak i w rezerwach gram na środku pomocy.



Twoim trenerem jest człowiek, którego można chyba określić mianem legendy. Jens Martin Knudsen, były bramkarz reprezentacji Wysp Owczych, kojarzony przez ludzi spoza archipelagu jako gość w czapce z pomponem.
Jens Martin to świetny, wyluzowany facet. Często dzieli się z nami historyjkami z czasów, gdy sam grał w piłkę. Jest zawsze bardzo dobrze przygotowany do meczów – zna drużynę przeciwną i z łatwością określa jej mocne i słabe strony. W czasie przerwy zdarza mu się mówić nam jaki przebieg będzie miała druga połowa. I – co dziwne – zwykle jego słowa sprawdzają się co do joty.


Pokusisz się o boiskową analizę samego siebie?

Mam 181-182 cm wzrostu, ważę 68 kg. Jako środkowy pomocnik powinienem wspierać zarówno atak jak i obronę, niestety czasami za bardzo myślę o atakowaniu i zapominam o obowiązkach w defensywie. To moja pięta achillesowa. Druga to warunki fizyczne. W wieku juniora to często poważny problem. Bywa on u mnie szczególnie widoczny w meczach rezerw.


A zalety?

Na pewno podania – za obronę przeciwnika, na skrzydła, prostopadłe. To chyba moje atuty. I może też boiskowy spryt.


W zeszłym roku rozegrałeś w sumie 44 oficjalne mecze. W tym już 20, co biorąc pod uwagę krótki sezon piłkarski na Wyspach, daje jakąś kosmiczną średnią. Jak wygląda Twój przeciętny sportowy tydzień?

W poniedziałki gram zwykle w meczach juniorów. Pierwsza drużyna NSÍ ma przeważnie trening regeneracyjny po niedzielnej kolejce. We wtorki są zaplanowane półtoragodzinne zajęcia. Środa jest prawie zawsze dniem wolnym. W czwartki trening około 80 minut. W piątki pierwsza drużyna ma zajęcia, a my młodzi różnie, bo w soboty gramy zwykle mecz w rezerwach. Czasem mamy więc krótki trening, a czasem wolne.


Na treningi dojeżdżasz z Toftir, gdzie ma siedzibę Twój macierzysty klub B68. Stadiony NSÍ i B68 są po sąsiedzku – dzieli je tylko wielka góra. Oba kluby rywalizują ze sobą, mecze między tymi drużynami można chyba określić mianem derbów. Opowiadał mi kiedyś znajomy, który grał dawniej w NSÍ, a dziś jest nauczycielem w Tórshavn, że któregoś roku, jak B68 spadało z I ligi, to w Runavík puścili z tej okazji w niebo petardy – żeby u B68 było je widać i ich zdenerwować.
Czy ktoś z Toftir miał kiedykolwiek do Ciebie pretensje, że poszedłeś do „odwiecznego rywala”?
To prawda, że te dwie drużyny bardzo się nie lubią. Historia z petardami jest prawdziwa.
Wiem jak to wygląda z obu stron i raczej jest tak, że to B68 bardziej nie lubi NSÍ niż odwrotnie. Dla B68 zawsze najważniejsze było wygrać z NSÍ, a dla tych drugich to nigdy nie był cel numer jeden.
Ludzie z B68 mieli i chyba cały czas mają do mnie pretensje, ze przeszedłem do Runavík. Może nie tyle, że poszedłem tam w 2013 roku, bo wtedy w B68 nie było drużyny juniorskiej i nie miałem gdzie grać, ale bardziej pamiętają mi to, że nie wróciłem do Toftir rok później. Mieliśmy wówczas zebranie z zarządem B68 i trenerzy chcieli mnie i kilku kumpli z powrotem. Trener pierwszego zespołu obiecywał mi treningi z pierwszą drużyną i minuty w Effodeildin. Sugerowali mi, że jestem za słaby do NSÍ. Odmówiłem im i kilka miesięcy później zadebiutowałem w ekstraklasie w barwach NSÍ, w meczu przeciwko B68. Ludzie z ich zarządu i trenerzy przez kilka miesięcy nie mówili mi „cześć” w sklepie i na ulicy. Dochodziły do mnie jakieś dziwne komentarze.
Teraz chyba już im przeszło i wiedzą, że nic nie wskórają. Ale też chyba cały czas liczą, że jeszcze zmienię zdanie i znów będę grał dla ich klubu.


Czy zdarza się, że te animozje przekładają się na kibiców obu drużyn?

Wydaje mi się, że na Wyspach Owczych nigdy nie było bijatyki między fanami rywalizujących drużyn. I myślę, że chyba nie będzie.


Których piłkarzy uważasz za najlepszych w Effodeildin?

Jednym z najlepszych zawodników, a na pewno najlepszym napastnikiem jest Klæmint Andrasson Olsen z NSÍ. Był królem strzelców w 2013 i 2014 roku, i teraz też jest liderem. Inne zespoły wiedzą, że nie można go zostawić bez obrońcy, bo nawet jak gra słaby mecz, to i tak wystarczy mu jedno przypadkowe dośrodkowanie, i będzie potrafił coś z niego zrobić. Klæmint to absolutnie najlepiej grający głową zawodnik na Wyspach. Mam to szczęście, że trenuję z nim prawie codziennie i znam go nieco lepiej niż rywale. To prawdziwy kapitan i lider drużyny. Gra w NSÍ przez całe życie.

Na pewno świetnym zawodnikiem jest też Łukasz Cieślewicz z B36. Był trzykrotnie nominowany do tytułu najlepszego zawodnika sezonu, wybrano go najlepszym graczem na Wyspach w 2011 roku. To jest piłkarz, który jak nie strzela, to asystuje i na pewno jego gra ma bardzo pozytywny wpływ na zespół B36. Bez niego pewnie nie byliby tak wysoko w lidze w ostatnich sezonach.

Ty i Łukasz reprezentujecie nową generację. Wcześniej na Wyspach Owczych grali Wasi ojcowie – Tomasz Przybylski i Robert Cieślewicz. Jak bardzo zmieniła się farerska piłka?

Po rozmowach z tatą sądzę, że poprawiło się wyszkolenie techniczne zawodników oraz system szkolenia – teraz prawie wszystkie kluby wymagają od trenerów licencji co najmniej B1, nawet w najmłodszych rocznikach (U-10). Jest też o niebo lepsza infrastruktura – większość klubów ma obecnie nowe boiska ze sztuczną murawą. Na lato 2015 na trzech stadionach planowane jest położenie muraw najnowszej generacji.

Gdzie konkretnie?

W Fuglafjørður, Streymnes i na Gundadalur w Tórshavn.



Jak scharakteryzowałbyś bazę klubową Twojego NSÍ?

Latem zeszłego roku wybudowali nam dwie nowe hale: jedną do futsalu i gier zespołowych, a drugą do gimnastyki, z nową siłownią. Teraz zimą były wyjątkowo złe warunki do trenowania i te hale okazały się bezcenne. Ćwiczyliśmy tam motorykę i technikę, organizowane były turnieje. Mieliśmy zdecydowanie bardziej komfortowe warunki niż inne zespoły.
Z nowej siłowni możemy korzystać o każdej porze dnia i nocy. Mamy do dyspozycji wszystkie przyrządy gimnastyczne. Dla pierwszego zespołu są nowe szatnie, gdzie każdy zawodnik ma swoje indywidualne miejsce. Brakuje tylko domu klubowego z prawdziwego zdarzenia, ale są w okolicy dwie lokalizacje, gdzie odbywają się wszystkie ważne imprezy związane z życiem klubowym NSÍ.

[ciąg dalszy nastąpi...]

środa, 22 kwietnia 2015

Alicja w krainie czarów vol. 2: Zaćmienie

Ponownie oddajemy głos Alicji, niestrudzonej eksploratorce Wysp Owczych, która miałaby swoją stałą rubrykę na portalu MojeFaroje.pl, gdyby takowy istniał. Tym razem Alicja odwiedziła archipelag przy okazji marcowego zaćmienia słońca.


Chęci, by pojechać na Wyspy Owcze o porze roku innej niż lato, miałam już od dłuższego czasu. Całkowite zaćmienie słońca, widoczne z lądu tylko z dwóch miejsc na Ziemi, było ku temu doskonałym pretekstem. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w marcowe popołudnie, gdy lądowałam na Vágar, był brak zieleni. Zima nie do końca ustąpiła: trawa była pożółkła, a szczyty gór pokrywał śnieg. Pogoda nie odbiegała od normy, temperatura kilka stopni niższa niż latem, tylko krople deszczu wydawały się bardziej gęste.
W drodze do Funningur, gdzie planowałam zatrzymać się u znajomego, mieliśmy okazję zobaczyć spore stado ostrygojadów – narodowych ptaków Wysp Owczych. Ich pojawienie się uznawane jest tam za początek wiosny.


Nie tylko pod tym względem dobrze wstrzeliłam się czasowo. Miesiąc przed przyjazdem dowiedziałam się, że dzień po moim przybyciu odbędzie się impreza Faroese Music Awards. Oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji i po szybkim kupnie biletów, udałam się wraz ze znajomym do Domu Nordyckiego w Tórshavn. Rozdanie nagród urozmaicone było występami całego przekroju farerskich artystów – pojawili się tam tacy wykonawcy jak Greta Svabo Bech, Týr, Hallelujah Sofus czy słynny założyciel wytwórni Tutl – Kristian Blak, wraz ze swoim zespołem Yggdrasil. Plebiscyt okazał się szczęśliwy dla zespołu AVE – gitarzysta Benjamin Petersen wrócił do domu z trzema nagrodami.
Wieczór dobiegał końca, ale dla nas emocje się jeszcze nie zakończyły. Najpierw w drodze powrotnej zostaliśmy zatrzymani przez policję przyczajoną w Norðskálatunnilin, następnie około pierwszej w nocy utknęliśmy na stacji benzynowej w Skálafjørður, gdy okazało się, że maszyna nie czyta żadnej z naszych kart płatniczych. Wokół nie było żywej duszy...
Dni do zaćmienia spędziłam na eksplorowaniu Wysp. Prognoza pogody nie zapowiadała się zbyt dobrze. Jednym z moich celów, poza zaliczeniem każdej z osiemnastu wysp (zostały mi dwie najbardziej niedostępne – Lítla Dímun i Stóra Dímun), było przejechanie wszystkich dziewiętnastu tuneli znajdujących się na archipelagu. Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że pozostał mi tylko jeden – 220-metrowy Teymur í Djúpadal na wyspie Kalsoy, prowadzący do niezamieszkanej doliny. Dowiedziałam się wcześniej, że tunel ten odchodzi od jednego z czterech znajdujących się na głównej drodze. Zaczęłam się za nim rozglądać już w drodze do Trøllanes – najdalszej z wiosek na Kalsoy. Nic. W drodze do Mikladalur – też nic. Zeszliśmy nad wodę obejrzeć odsłoniętą latem rzeźbę Kopakonan (kobieta-foka, z którą wiąże się ponura legenda, pojawiąjąca się w folklorze kilku narodów), a następnie powróciliśmy do poszukiwania tunelu.
Za trzecim razem udało nam się dostrzec ledwo widoczny, nieoświetlony i nieoznakowany (z wyjątkiem małej tabliczki informującej, że znajduje się tu wyjście awaryjne) zjazd. Na końcu, zgodnie z przewidywaniami, puste pole z ładnym widokiem na wyspę Kunoy. Wracając postanowiłam przez ten najkrótszy tunel na Wyspach przejść – tym samym zaliczając zarówno swoją pierwszą pieszą wycieczkę przez farerski tunel jak i dziewiętnasty „zdobyty” na swojej liście.


Zbliżający się dzień zaćmienia był odczuwalny. Turystów przybywało, prom Norröna służył czasowo jako pływający hotel, a w kilku portach stały zadokowane statki wycieczkowe. Oszałamiała również liczba wydarzeń mających miejsce w „zaćmieniowym tygodniu”. Dziesiątki koncertów, wystaw i wycieczek, wszystko dla tysięcy turystów, których się spodziewano. Jednym z ciekawszych wydarzeń było otwarcie wystawy znanego farerskiego artysty Edvarda Fuglø, który stworzył instalację zainspirowaną układem słonecznym – oczywiœście z ptasim elementem. Podczas otwarcia, w galerii handlowej SMS rozdawano darmowe plakaty i specjalne okulary do oglądania zaćmienia.


Piątkowego poranka 20 marca wszyscy wyczekiwali z niecierpliwością. W radiu i telewizji nie mówili o niczym innym, a ekscytacja sięgała zenitu. Wspięliśmy się na jedno ze wzgórz otaczających Funningur i czekaliśmy z gotowymi aparatami. Deszcz, chmury i jeszcze więcej deszczu. Nie za dobrze. Wszyscy zdążyliśmy przemoknąć, ale nadal nie byliśmy w stanie niczego dojrzeć. Sprawdzając godzinę wiedzieliśmy, że już się zaczęło i coś nas omija. Ostatecznie nie były nam potrzebne nawet specjalne okulary. Patrzyliśmy w kierunku, w którym wiedzieliśmy, że znajduje się słońce i widzieliśmy tylko chmury. Nadeszła 9:41 i zaczęło się całkowite zaćmienie. Na około dwie minuty zapadła całkowita ciemność – jedyna rzecz z całego zaćmienia, której rzeczywiście udało nam się doświadczyć. Chwilę później było już po wszystkim, a my przemoczeni wróciliśmy do domu. Od razu zaczęłam szukać relacji z innych miejsc. Lepszą widoczność mieli obserwatorzy w stolicy, a największymi szczęśliwcami okazali się ludzie na Vágar.
Przyjechawszy w piątkowy wieczór do Tórshavn, miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie do 29 lipca, na święto Farerczyków – Ólavsøkę. Brakowało jedynie wszechobecnych strojów narodowych. Tłumy ludzi przybyły do stolicy, by świętować, spotkać się z rodziną i odwiedzić główny plac miasteczka – Vaglið, gdzie trwały śpiewy i tańce. Był to świetne zwieńczenie całego wyjazdu.


Następnego dnia czekał mnie lot do Kopenhagi i już wiedziałam jak bardzo będzie mi brakować Wysp Owczych. Mimo niedoświadczenia niezwykłego fenomenu zaćmienia, nie żałowałam, a wyjazd jak zawsze należał do udanych. Dobrze wyszły na tym także Wyspy Owcze, które odwiedziła rekordowa liczba turystów, a w dniu zaćmienia na Vágar wylądowało 40 samolotów!
A ja jak zawsze wspominam i już czekam na następny wyjazd...


[fotografie © Alicja Wiśniewska]