Lubię
zajrzeć czasem na stronę internetową wyspy Mykines i poczytać, jak zamykają w lakonicznych
zdaniach historię swojego małego wszechświata.
1991: W październiku doszło do katastrofy morskiej u południowych wybrzeży
wyspy. Żywioł roztrzaskał o skały małą łódź, którą wracało do osady siedmiu mężczyzn
transportujących 31 owiec z peryferyjnego pastwiska. Trzech mężczyzn nie
przeżyło katastrofy.
1990: Wyasfaltowano ścieżki w osadzie. 20 czerwca odwiedzili wyspę królowa
Danii Małgorzata II i jej mąż, książę Henryk.
1983: Uruchomiono planowe połączenia helikopterowe między Mykines i resztą
archipelagu.
1970:
Zautomatyzowano latarnię morską na Mykineshólmur – wysepce połączonej z głównym
lądem małym mostem nad oceanem. Wysepkę zasiedlono w 1909 roku, w najlepszym
momencie mieszkały tam 22 osoby. W trakcie srogich zim organizowano na Hólmur
szkołę. Z kolei latem dzieci z Hólmur uczęszczały do szkoły znajdującej się w
jedynej osadzie na wyspie Mykines, około godzinę marszu od latarni morskiej w dobrą
pogodę.
1941: Druga wojna światowa, 3 ataki powietrzne na Mykineshólmur. W trakcie
trzeciego ataku, 30 października, zrzucono 4 bomby. Żadna nie eksplodowała,
dwie ześlizgnęły się po stromym zboczu do oceanu.
1927: W
osadzie wybudowano pierwszy w dziejach basen. Pomysłodawcą był nauczyciel Poul
N. Pedersen. Basen (nieckę wybetonowaną w korycie strumienia spływającego z
gór) miano wykorzystywać do zawodów sportowych, które organizował dla
mieszkańców wyspy pedagog Poul.
1925: Wyspę zamieszkiwało 179 osób – najwięcej w historii. Szkoła liczyła 27
uczniów.
1906: 22 lutego urodził się w osadzie Samuel
Elias Frederik Joensen, później znany jako Mikines, słynny farerski artysta malarz.
”Znany jest przypadek, jeszcze z pierwszej połowy
lat 80. XX wieku, kiedy wyspa pozostawała odizolowana od reszty archipelagu z
powodu złej pogody przez 68 dni. Odkąd jest możliwe docierać na nią
helikopterem, rekord wynosi 10 dni. Najniebezpieczniejszy dla osady jest wiatr
z północnego wschodu”.
[dwie górne fotografie © Jens-Kjeld Jensen]
poniedziałek, 30 czerwca 2014
piątek, 30 maja 2014
Festiwal HOYMA - muzyczny powrót do tradycji
„Pytaliśmy
ludzi czy byliby chętni zorganizować koncert we własnym domu. Nie musieliśmy
długo szukać. Wybraliśmy dziesięć rodzin. Tak narodził się festiwal HOYMA” –
mówi Jón Tyril, organizator.
”Publiczność przychodziła pod wskazany adres, w salonie czekał poczęstunek i gospodarze domu ze słowami: „witamy, mamy nadzieję, że poczujecie się u nas dobrze. Za chwilę zagra Frostfelt” – Sabina, uczestniczka festiwalu.
Jón: Połączyliśmy dwa ważne elementy farerskiej kultury. Po pierwsze ideę „húsagonga” gdy na specjalne okazje chodzi się od domu do domu, odwiedzając bliższych i dalszych znajomych. Po drugie chcieliśmy przypomnieć rolę salonu, izby mieszkalnej, które dawniej stanowiły centrum pielęgnowania naszego języka. Przez wieki mieszkańcy Wysp Owczych wykorzystywali domowe pomieszczenia jako miejsca spotkań, gdzie opowiadało się historie, gromadnie dyskutowało i śpiewało. Było to szczególnie ważne w czasach, gdy język farerski nie był oficjalnie akceptowany przez duńskie władze. Dzięki tym kameralnym spotkaniom przetrwały nasze tradycje i kultura.
Sakaris Stóra, reżyser filmowy: Na festiwalu HOYMA udało się wskrzesić dawne obyczaje. Wytworzyła się intymna atmosfera, której często szukam na koncertach, ale rzadko udaje mi się ją znaleźć.
Sabina: Dwadzieścia występów unplugged w dziesięciu różnych domach w osadach Syðrugøta i Norðragøta. Ekscytujące doświadczenie, gdy pukasz do obcych drzwi, zaglądasz komuś w prywatny świat i spotykasz się z otwartością. Znajomi i obce osoby z innych części archipelagu – skupieni na kanapach, krzesłach, podłodze. Kawa, ciasto i wino od gospodarzy.
Jón: Uświadomiłem sobie, że wiele moich najsilniejszych muzycznych doświadczeń zebrałem nie na wielkich koncertach, a na skromnych i spontanicznych imprezach. Postanowiliśmy wrócić do korzeni. Pozbyć się złożonej technologii, nad którą musimy czuwać organizując G!Festival, skrócić do minimum dystans między artystą i publicznością.
David Patrician, dziennikarz z USA, uczestnik HOYMA: Trudno mi wyobrazić sobie podobny festiwal gdziekolwiek poza Wyspami Owczymi. Ta impreza pokazuje nie tylko lokalną scenę muzyczną, ale i farerską mentalność.
Jón: Nazwa HOYMA pochodzi od farerskiego słowa „heima” oznaczającego dom. Różnica w zapisie wynika z tego jak wymawiamy to słowo w lokalnym dialekcie centralnej części wyspy Eysturoy.
”Publiczność przychodziła pod wskazany adres, w salonie czekał poczęstunek i gospodarze domu ze słowami: „witamy, mamy nadzieję, że poczujecie się u nas dobrze. Za chwilę zagra Frostfelt” – Sabina, uczestniczka festiwalu.
Jón: Połączyliśmy dwa ważne elementy farerskiej kultury. Po pierwsze ideę „húsagonga” gdy na specjalne okazje chodzi się od domu do domu, odwiedzając bliższych i dalszych znajomych. Po drugie chcieliśmy przypomnieć rolę salonu, izby mieszkalnej, które dawniej stanowiły centrum pielęgnowania naszego języka. Przez wieki mieszkańcy Wysp Owczych wykorzystywali domowe pomieszczenia jako miejsca spotkań, gdzie opowiadało się historie, gromadnie dyskutowało i śpiewało. Było to szczególnie ważne w czasach, gdy język farerski nie był oficjalnie akceptowany przez duńskie władze. Dzięki tym kameralnym spotkaniom przetrwały nasze tradycje i kultura.
Sakaris Stóra, reżyser filmowy: Na festiwalu HOYMA udało się wskrzesić dawne obyczaje. Wytworzyła się intymna atmosfera, której często szukam na koncertach, ale rzadko udaje mi się ją znaleźć.
Sabina: Dwadzieścia występów unplugged w dziesięciu różnych domach w osadach Syðrugøta i Norðragøta. Ekscytujące doświadczenie, gdy pukasz do obcych drzwi, zaglądasz komuś w prywatny świat i spotykasz się z otwartością. Znajomi i obce osoby z innych części archipelagu – skupieni na kanapach, krzesłach, podłodze. Kawa, ciasto i wino od gospodarzy.
Jón: Uświadomiłem sobie, że wiele moich najsilniejszych muzycznych doświadczeń zebrałem nie na wielkich koncertach, a na skromnych i spontanicznych imprezach. Postanowiliśmy wrócić do korzeni. Pozbyć się złożonej technologii, nad którą musimy czuwać organizując G!Festival, skrócić do minimum dystans między artystą i publicznością.
David Patrician, dziennikarz z USA, uczestnik HOYMA: Trudno mi wyobrazić sobie podobny festiwal gdziekolwiek poza Wyspami Owczymi. Ta impreza pokazuje nie tylko lokalną scenę muzyczną, ale i farerską mentalność.
Jón: Nazwa HOYMA pochodzi od farerskiego słowa „heima” oznaczającego dom. Różnica w zapisie wynika z tego jak wymawiamy to słowo w lokalnym dialekcie centralnej części wyspy Eysturoy.
[foto © Kristfríð Tyril/momo]
sobota, 19 kwietnia 2014
Najgodniejsza uwagi zwykłość
„Co dzień wieczór morze nadaje jakieś obrazy, nieustanny kalejdoskop. To żaglowiec nagle wypłynie, to niebo się otworzy i promienie, jak na obrazach stworzenia świata, reflektorowym słupem padają na wodę. A to znów czerwień rozlewa się secesyjnymi plamami, jak z Muncha albo Sichulskiego.
Piękno sprawia, że przy nim zwykłość staje się godna uwagi, widzimy formę każdej rzeczy. Dlatego, kiedy jest się w nowym, bardzo pięknym miejscu, jak tu, ma się ochotę fotografować byle co: chodnik, rynnę, krzak na tle ściany, krawędź lasu, bo na tę zwykłość promieniuje sąsiadujące z nią piękno morza, nieba. Ucieka się od piękna w stronę zwykłości. Bo wszystko ma swoją formę, sztuką jest dostrzec w najmniej sprzyjającym kontekście formę czystą”.
Tadeusz Sobolewski „Wyspa”
sobota, 29 marca 2014
Zobaczyć tak mało jak to możliwe
– Dlaczego patrzenie na mapy
jest takie przyjemne? – pyta redaktorka Dwutygodnika Zofia Król niemiecką
pisarkę Judith Schalansky w kontekście jej „Atlasu wysp
odległych”.
– Kartografia pobudza wyobraźnię, bo pokazuje coś, co wiemy, ale czego nie widzimy – świat z punktu widzenia ptaka, anioła albo boga. I nawet jeśli wiemy, że mapa jest wynikiem badań, to patrzymy na nią raczej jak na obraz. Mapy są artystyczne i naukowe zarazem, to ta ambiwalencja czyni je tak intrygującymi.
– Oczywiście podróże też uczą. Ale nie trzeba być w Wenecji, żeby pisać o Wenecji. Wenecja jest wszędzie. Nie rozumiem tej wątpliwej turystycznej potrzeby, żeby zobaczyć wszystkie krańce ziemi na własne oczy. Kiedy jestem za granicą, staram się zobaczyć tak mało jak to możliwe. Próbuję co dzień chodzić tymi samymi drogami, żeby przynajmniej jedną ulicę zobaczyć pewnego dnia oczyma tych, którzy stamtąd pochodzą.
– Kartografia pobudza wyobraźnię, bo pokazuje coś, co wiemy, ale czego nie widzimy – świat z punktu widzenia ptaka, anioła albo boga. I nawet jeśli wiemy, że mapa jest wynikiem badań, to patrzymy na nią raczej jak na obraz. Mapy są artystyczne i naukowe zarazem, to ta ambiwalencja czyni je tak intrygującymi.
– Oczywiście podróże też uczą. Ale nie trzeba być w Wenecji, żeby pisać o Wenecji. Wenecja jest wszędzie. Nie rozumiem tej wątpliwej turystycznej potrzeby, żeby zobaczyć wszystkie krańce ziemi na własne oczy. Kiedy jestem za granicą, staram się zobaczyć tak mało jak to możliwe. Próbuję co dzień chodzić tymi samymi drogami, żeby przynajmniej jedną ulicę zobaczyć pewnego dnia oczyma tych, którzy stamtąd pochodzą.
[W górę ulic Tróndargøta/Varðagøta, Tórshavn. Foto © Jógvan á Dul]
czwartek, 27 lutego 2014
Tunelami od pradziejów po nowoczesność
Na profilu Projektu Føroyar pojawił się komentarz
Kingi: „czy wiecie, że dogadano się w sprawie tuneli? Najpierw Toftir - Havn, a
potem siuuuu – na Sandoy. Do 2020 powinni się z tym ogarnąć”.
Dla Farerofilów to potężnie ekscytująca nowina. Dwie kolejne przeprawy drogowe pod oceanem – coś co dotychczas brzmiało dla wielu jak science-fiction, staną się faktem. Opustoszeje port Gamlarætt, znikną kolejki na prom w Skopun, zelżeje ruch samochodowy na północy Streymoy. Ma być szybciej, łatwiej i przyjemniej. Otwarte pozostaje pytanie o potencjalne zmiany urbanizacyjne: czy mieszkańcy Sandoy przeprowadzą się gromadnie do Tórshavn, przemieniając swoje dawne domostwa w weekendowe dacze? Czy wzrośnie populacja na południu Eysturoy, a jeśli tak, to czy kosztem Tórshavn/Hoyvík, czy raczej peryferyjnych północnych osad Eysturoy? Pytania iście ontologiczne!
Fragment po fragmencie na Wyspach Owczych dochodzi do kolejnych mikrozmian.
Lada tydzień zaczną borować podskalną przebitkę z Hvannasund do Viðareiði.
Na piłkarskim stadionie narodowym powstaje nowa trybuna.
Podpisano kontrakt na rozbudowę szpitala w Tórshavn.
Również w stolicy budują wspólną siedzibę dla średnich szkół Studentaskúlan, Handilskúlan i Tekniskaskúlan.
Na Suðuroy wciąż aktualny jest temat przekształcenia starego silosu solnego w lokalne centrum kultury.
Wyspy Owcze: na dużym obszarze nie zaadaptowane przez człowieka. Nowoczesna inżynieria i wizjonerska architektura obok miejsc niezmienionych od najdawniejszych pradziejów.
Dla Farerofilów to potężnie ekscytująca nowina. Dwie kolejne przeprawy drogowe pod oceanem – coś co dotychczas brzmiało dla wielu jak science-fiction, staną się faktem. Opustoszeje port Gamlarætt, znikną kolejki na prom w Skopun, zelżeje ruch samochodowy na północy Streymoy. Ma być szybciej, łatwiej i przyjemniej. Otwarte pozostaje pytanie o potencjalne zmiany urbanizacyjne: czy mieszkańcy Sandoy przeprowadzą się gromadnie do Tórshavn, przemieniając swoje dawne domostwa w weekendowe dacze? Czy wzrośnie populacja na południu Eysturoy, a jeśli tak, to czy kosztem Tórshavn/Hoyvík, czy raczej peryferyjnych północnych osad Eysturoy? Pytania iście ontologiczne!
Fragment po fragmencie na Wyspach Owczych dochodzi do kolejnych mikrozmian.
Lada tydzień zaczną borować podskalną przebitkę z Hvannasund do Viðareiði.
Na piłkarskim stadionie narodowym powstaje nowa trybuna.
Podpisano kontrakt na rozbudowę szpitala w Tórshavn.
Również w stolicy budują wspólną siedzibę dla średnich szkół Studentaskúlan, Handilskúlan i Tekniskaskúlan.
Na Suðuroy wciąż aktualny jest temat przekształcenia starego silosu solnego w lokalne centrum kultury.
Wyspy Owcze: na dużym obszarze nie zaadaptowane przez człowieka. Nowoczesna inżynieria i wizjonerska architektura obok miejsc niezmienionych od najdawniejszych pradziejów.
[fotografie należą do ©
Vagnur Michelsen, Jan Egil Kristiansen, Landsverk.fo, Ólavur Frederiksen,
Jógvan á Dul]
piątek, 31 stycznia 2014
Drobiny codzienności – szlakiem sennego miasta
Na stacji metra Dworzec Gdański wisi wiersz islandzkiej poetki Gerður Kristný w tłumaczeniu Olgi Hołowni:
Codziennie
Przechodzę obok
Pojedynczej rękawiczki
Na ogrodzeniu
Okruchy pozostawione
Przez dzieci które zagubiły się
W lesie tego miasta
Jógvan mieszka w Tórshavn i tropi drobiazgi w trakcie
spacerów. Od pięciu lat, dzień po dniu, chodzi ze swoim spanielem i aparatem
cyfrowym. Zdjęcia, które robi, nie są ani przesadnie ładne, ani zanadto
interesujące. Powtarzają się kadry, powielają marszruty; dzieje się niewiele,
ale znać w tym kronikarską skrupulatność.
Codziennie śledzę nowe zdjęcia Jógvana. Okruchy pozostawione przez człowieka, który okiełznał ogród swego miasta.
Codziennie śledzę nowe zdjęcia Jógvana. Okruchy pozostawione przez człowieka, który okiełznał ogród swego miasta.
[wszystkie fotografie © Jógvan á Dul, wykonano w końcowych dniach stycznia 2014, więcej na facebook.com/pendul]
niedziela, 29 grudnia 2013
Polsko-farerski Hyde Park, część 3: Sara.
„Dorastałam w Sandur, a w wieku 16 lat przeprowadziłam się
do Tórshavn” – pisze Sara. „Moje najlepsze wspomnienia z Sandur to nocne wypady
na plażę z młodzieżą oraz grindaboð, kiedy dyrektor szkoły wpadał nam do klasy,
krzyczał "GRINDABOÐ" i wszyscy zaczynali biec z całej siły.
Sandur,
fotografie © Anfinn Frederiksen
Przez dwa lata trenowałam rógving czyli wioślarstwo w klubie Argja Róðrarfelag. Byłam jedną z kobiet w łodzi pięcioosobowej. Zaczynałyśmy trenować w październiku, najpierw na maszynach w budynku klubowym, do tego dochodziło podnoszenie ciężarów, mniej więcej 2-3 razy w tygodniu po 2 godziny – i tak przez całą zimę. Potem liczba treningów wzrastała do pięciu tygodniowo. W kwietniu wypływałyśmy łódką na Atlantyk. Zawody zaczynały się w czerwcu i tak aż do Ólavsøki. Wszystkie dziewczyny, z którymi trenowałam, pracowały albo chodziły do szkoły, czasem jedno i drugie. Musiałyśmy też same organizować pieniądze i sponsorów dla klubu. Klub to było coś więcej niż tylko miejsce treningów, spędzałyśmy tam tyle czasu, że wiedziałyśmy o sobie wszystko. Często w naszym budynku klubowym, który mieści się w porcie w Argir, organizowane były zabawy i różnego rodzaju spotkania, także z naszym udziałem”.
Przez dwa lata trenowałam rógving czyli wioślarstwo w klubie Argja Róðrarfelag. Byłam jedną z kobiet w łodzi pięcioosobowej. Zaczynałyśmy trenować w październiku, najpierw na maszynach w budynku klubowym, do tego dochodziło podnoszenie ciężarów, mniej więcej 2-3 razy w tygodniu po 2 godziny – i tak przez całą zimę. Potem liczba treningów wzrastała do pięciu tygodniowo. W kwietniu wypływałyśmy łódką na Atlantyk. Zawody zaczynały się w czerwcu i tak aż do Ólavsøki. Wszystkie dziewczyny, z którymi trenowałam, pracowały albo chodziły do szkoły, czasem jedno i drugie. Musiałyśmy też same organizować pieniądze i sponsorów dla klubu. Klub to było coś więcej niż tylko miejsce treningów, spędzałyśmy tam tyle czasu, że wiedziałyśmy o sobie wszystko. Często w naszym budynku klubowym, który mieści się w porcie w Argir, organizowane były zabawy i różnego rodzaju spotkania, także z naszym udziałem”.
sobota, 30 listopada 2013
Samotny humbak, ślimak w rabarbarze i inni
„Czy na Wyspach Owczych występuje pszczelarstwo? Czy są
pszczoły, znacie jakichś pszczelarzy?” – padło pytanie na fanpejdżu Projekt Føroyar (czy inspirowane filmem „Więcej niż miód” Markusa Imhoofa i słowami
Alberta Einsteina „jeśli pszczoły wyginą, ludzkość nie przetrwa kolejnych 4
lat”?).
Odpowiedź mogła być jedna: na wyspie Nólsoy mieszka facet,
który na pewno będzie wiedział.
Prowadzi wraz z żoną stronę internetową o florze i faunie Farojów. Pytanie o pszczoły było doskonałym impulsem, by odwiedzić ją znowu.
I sam nie wiem, czy to kwestia rozmiłowania w Wyspach
Owczych, że tak daleki mi na co dzień temat botaniki i mikrobiologii, u
Jensa Kjelda studiuję ze szczerym zainteresowaniem.
Zresztą zobaczcie sami. Informacje w stylu: „Nowy ślimak,
Arianta arbustorum, znaleziony na Wyspach Owczych. Widziany w rejonach Tórshavn,
Hoyvík, Nólsoy i Toftir. Żywi się głównie liśćmi rabarbaru. Nie powoduje szkód,
w odróżnieniu od Arion lusitanicus”.
Na podstawie witryny Jensa Kjelda i Marity można ułożyć
kalendarium przyrodnicze Wysp Owczych.
15 maja 2009: Poul Johannes Simonsen wyłowił
niezidentyfikowanego gatunku ośmiornicę z pokładu trawlera Grønanes w położeniu
61.30 N 5.00 W. Ośmiornica była brązowa, miała 50 cm średnicy i krótkie
ramiona.
17 czerwca 2012: Kilka farerskich koni ustawiono przed
budynkiem Ministerstwa Ochrony Środowiska, aby zwrócić uwagę na brak należytego
zainteresowania sprawami przyrody przez farerskie władze.
24 lipca 2012: Mieszkańcy osady Tvøroyri na Suðuroy znaleźli
40 martwych mew żółtonogich (Larus fuscus) w pobliżu swojej miejscowości.
23 czerwca 2013: W Tórshavn przy ulicy Niels Finsensgøta 32
otwarto centrum badań nad orkami. Można tu dowiedzieć się o ich życiu w wodach
przybrzeżnych archipelagu, poznać ich zwyczaje i prześledzić miejsca, gdzie
najłatwiej je spotkać.
28-29 stycznia 2013: W porcie Vágsbotnur w Tórshavn zaobserwowano samotnego humbaka, Megaptera novaeangliae.
[fotografie © Marita Gulklett / Jenskjeld.info]
wtorek, 29 października 2013
Polsko-farerski Hyde Park, część 2: Kinga.
- Kinga, co Cię ostatnio zaskoczyło na Wyspach Owczych?
- Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie gol Farerczyków w meczu z Kazachstanem. Bardzo ładna bramka!
Przynajmniej przez krótką chwilę można było cieszyć się prowadzeniem. Miejmy nadzieję, że równie bojowo drużyna zaprezentuje się we wtorkowym meczu z Austrią i nie powtórzy kwietniowego wyniku z Wiednia 0:6. Sporym zaskoczeniem było dla mnie również niedawne uczestnictwo w farerskim weselu. Przede wszystkim zdziwił mnie brak niepisanego „obowiązku” uczestnictwa w ceremonii kościelnej, tak więc większość zaproszonych gości stawiła się dopiero na imprezie weselnej, która okazała się sześciogodzinną katorgą wypełnioną po brzegi długimi przemowami i toastami zapijanymi Jolly colą i winem (był to jedyny alkohol serwowany w ograniczonych ilościach, jako że młodzi pochodzą z bardzo religijnych rodzin, a wino jest trunkiem biblijnym, więc dopuszczono je do użytku weselnego) . Niektóre toasty były żenującymi wręcz historyjkami z dzieciństwa i konsumujący przy stołach goście niekoniecznie chcieli je usłyszeć. Przy okazji dodam, że kulinarnie impreza również daleka była od hojnych polskich stołów weselnych, ale cóż... co kraj to obyczaj i jestem teraz w stanie zrozumieć dlaczego zaproszonym na nasz ślub Farerczykom impreza BARDZO się podobała.
Kilka słów ze świata polityki: ośmieszający się ostatnimi czasy do granic możliwości Kaj Leo Johannesen uniknął rozpadu koalicji i wcześniejszych wyborów, przeciągając na swoją stronę Janusa Reina z Fólkaflokkurin. A zatem na scenie politycznej nihil novi, zaś sam Kaj Leo – pierwszy unionista Wysp Owczych, wciąż marzy i śni o niepodległości. Czy mamy do czynienia z przypadkiem klinicznym – czas pokaże. Póki co Kaj Leo bryluje na facebooku swoimi błyskotliwymi-inaczej komentarzami oraz semi-profesjonalnym profilowym zdjęciem w tle, na którym to pierwszy plan zajmuje... termos.
niedziela, 29 września 2013
Polsko-farerski Hyde Park, część 1: Kinga.
Kinga mieszka w Klaksvík i uważam, że jest mistrzynią świata.
Podziwiam to, w jaki sposób widzi i analizuje Faroje, zazdroszczę jej
znajomości kontekstów, cenię zdroworozsądkowe podejście i poczucie humoru.
„Ostatnio w Klax w Bónusie była Mathilde na
przecenie, więc pomyślałam o Tobie ciepło”.
Czekam na te Kingowe słowotoki z
ekscytacją. Nasilają we mnie jakąś trudną do okiełznania tęsknotę za ludźmi i realiami
Forojaru. Widzę Kingę jak siedzi w swoim domu nad zatoką, obok krząta się jej
mąż – z nim także mam kilka pięknych wspomnień. Piszemy.
- Jakiego zdania dziś się nauczyłaś?
- Eg havi ilt í bukinum. "Boli mnie brzuch".
- Czyta się to: E HAWE ILT UJ BUKINUM? czy
BUCZINUM?
- BuczinuN - "m" na końcu wyrazu czyta się
jak "n".
Zaproponowałem Kindze dwa tematy.
Uprzedziłem, że to na bloga. Że chciałbym, by było cyklicznie i niestandardowo.
Zgodziła się. Na początek zapytałem o grzyby i tunele. Oto, co napisała:
„Farerczycy grzybów nie zbierają, a także niespecjalnie
znają się na ich gatunkach. Większość grzybów znaleźć można w tutejszych
leśnych plantacjach, ale są to w większości niejadalne mleczaki. Myślę, że w
farerskiej myśli grzybiarskiej desygnatem grzybów są tylko pieczarki. Jednak,
co ciekawe, na Islandii wydano podobno pierwszy islandzki atlas grzybów, a
wszystko to dzięki islandzkiej Polonii! To właśnie liczni Polacy zamieszkujący
wyspę pokazali Islandczykom, że grzyby można zbierać, przetwarzać i jeść! Jest
to zatem przykład polskiego wpływu na islandzką kulturę kulinarną o znaczeniu
dziejowym”.
Z Islandii wróciliśmy na Wyspy Owcze.
Kingo – dziękuję!
[fotografie © Ólavur Frederiksen / Faroephoto.com]
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































